niedziela, 19 czerwca 2016

Rozdział 2

Gdy tylko otworzyłem oczy, zobaczyłem pochylającą się nade mną twarz. Przestraszyłem się i automatycznie się podniosłem, przez co zderzyliśmy się głowami. Przetarłem zaspane oczy i dostrzegłem szeroki uśmiech na twarzy brata. Mam nadzieję, że nabiłem mu siniaka.

- Chris, pogrzało cię?! – krzyknąłem.

- Tylko sprawdzałem, czy jeszcze oddychasz! – usprawiedliwił się.

-Ostatnią rzeczą, jaką chciałem zobaczyć po przebudzeniu, była twoja paszcza.

- Uwierz, że to nie najgorsza część ciała, jaką planowałem cię obudzić.

Wyobraziłem najgorszą rzecz, jaką Chris mógłby chcieć podstawić mi pod głowę i zachciało mi się wymiotować. Na widok mojej miny brat się roześmiał, a ja razem z nim.

- Ile spałem? – zapytałem z ciekawości.

- Cały dzień, ale mam wrażenie, że po tym, czego zaraz się dowiesz, padniesz po raz drugi.

Przyjrzałem się bratu, dawno nie był taki podekscytowany. Nie za bardzo wiedziałem, dlaczego coś go tak nabuzowało. Miał na sobie identyczną koszulkę jak Ross wczoraj, czerwony t-shirt z napisem „Zajazd Tuatha De Danann", a na nadgarstku bransoletkę ze srebrnym medalikiem w kształcie liścia.

- Pamiętasz może te mity z podstawówki o bogach zakochujących się w zwykłych śmiertelnikach?

- Tak... tylko mi nie mów, że bogowie greccy istnieją.

- Nie, no co ty? Pogrzało cię? Żadni greccy bogowie nie istnieją, za to celtyccy, to już inna sprawa – powiedział w taki sposób, jakby nie żartował, ale to przecież musiał być żart.

- Mało śmieszne, celtyccy to którzy?

-To nie żart!

- Nie jestem już tak naiwny, jak wtedy co dałem sobie wmówić, że karma dla kota smakuje jak kurczak.

- No co chcesz? To była karma o smaku kurczaka! Tym razem nie żartuję. -Powiedział to z tak poważną miną, że byłem w stanie mu uwierzyć. – Bogowie celtyccy, to ci za czasów króla Arthura. No wiesz, smoki, elfy.

- Z Hobbita zawsze wolałem krasnoludy.

Zaśmiał się, ale nie skomentował.

- Szykuj się, musimy porozmawiać z dyrektorem zajazdu – powiedział, zmieniając temat.

- Co? Czyli niby z kim?

Nie dostałem odpowiedzi

Zjadłem to, co brat przyniósł mi na tacy, był tak uprzejmy, że dostałem same owoce, a w ramach podziękowania rzuciłem mu kawałkiem arbuza w twarz. Śniadanie bez chleba albo chociaż płatków to nie śniadanie. Zdjąłem z siebie podarte spodnie i włożyłem przyszykowanie na innym łóżku krótkie spodenki, a do tego miałem koszulkę. Dla odmiany była czerwona z tym samym napisem co Chris.
Brat zaciągnął mnie do jednego z drewnianych szałasów.

Był on dość spory, brązowy i niepozorny, bo jego wnętrze było zupełnie inne niż można by się spodziewać po jego zewnętrznej stronie. Zamiast nijakich, drewnianych ścian domku, jakie powinny być, skoro są z zewnętrznej strony, były tam zwyczajne murowane ściany pokryte białą farbą. W środku pokoju stało biurko zarzucone książkami, a za nim siedział starszy pan w garniturze.

Przy ścianach stały regały z jeszcze większą ilością ksiąg, a w całym pomieszczeniu w różnych pojemnikach były najdziwniejsze rośliny. Przeszedłem obok wiszących na suficie słoików z oczami, nie mam pojęcia czy były ludzkie i nie wiem, czy to by było dobrze, czy źle.

Jedno z nich się poruszyło, a ja o mało nie dostałem zawału, ale na szczęście tylko krzyknąłem.
Na mój krzyk starszy pan podniósł głowę znad księgi, zrobił zniesmaczoną minę i wstał. Mężczyzna był dość chudy, miał równo przystrzyżoną białą brodę i równie białe włosy na głowie, gładko ulizanie i sięgające mu z uszy. Rzucił na nas ostre spojrzenie spod małych prostokątnych okularów.

- Witaj nazywam się Math Mathonwy i jestem właścicielem zajazdu Tuatha De Danann, skoro tu trafiłeś, to znaczy, że zapewne jesteś synem któregoś z bogów, w razie nagłej potrzeby skonsultuj się z dziećmi Morrigan, gdyż każdy miecz niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu – zarecytował mężczyzna na jednym wdechu.

Gdy skończył mówić nastała niezręczna cisza. Na jego twarzy poza zmarszczkami było widać znudzenie, zapewne mówił to już setny raz. Wyglądał na bardzo poważnego i swoim milczeniem dawał nam do zrozumienia, że chce byśmy wyszli.

- Panie Math, to właśnie jest Liam.

- Ach Liam, ten co zabił fuartha? Atakują nas tu takich dziesiątki, jak będziecie się jeszcze raz chcieli z nimi pobawić, to idźcie nad jezioro.

- Rozmowa z panem nie ma sensu – mruknąłem pod nosem.

- Zapewne dlatego, że nie chcę z wami rozmawiać, więc idźcie stąd.

Ołówek, który obracał między palcami, zmienił się w długi kij z zakrzywionym końcem. Miałem dość tej rozmowy tak samo, jak on więc nie zważając na Chrisa, zwyczajnie wyszedłem z namiotu. Z tym że, nie za bardzo wiedziałem gdzie iść w tym momencie. Christopher wyszedł zaraz po mnie.

- Co to za gość?! – krzyknąłem do niego, kierując się w stronę namiotu szpitalnego.

- Math Mathonwy, bóg czarodziei. Dość nieprzyjazny typek – odpowiedział mi brat.

- Ale... Jego kij, ale jak on...?

- Mówię przecież, czarodziej, czarodzieje robią magię – wytłumaczy mi jak dziecku.

- Magia nie istnieje... - może powiedziałbym coś więcej, ale przede mną zobaczyłem hobbistów w wersji 3D. – Co to... Kim oni są?

- To krasnoludki.

- Jak z królewny Śnieżki?

- Nie, bardziej jak z celtyckich mitów – odpowiedział, przewracając oczami. – Liam, to wszystko, co się tu dzieje, to prawda. Jesteśmy synami bogów celtyckich!

- A zapytał mnie ktoś o zdanie? Ja już mam rodziców!

- Bracie, wiem, że ciężko ci to zrozumieć, ale to ma sens. Zawsze czułem się, jakbym nie pasował do tamtego świata, a teraz? Bogowie, smoki, herosi, to wszystko jest jak sen.

- No właśnie, a jak wiemy z prawdziwego świata, sny nie są prawdziwe!
Zatrzymałem się i spojrzałem w jego stronę.

- Ściana by szybciej skojarzyła fakty niż ty – powiedział podirytowany.
Brat wydawał się już być tym wszystkim zmęczony, za to ja byłem niemal wściekły.
- W takim razie, idź z nią pogadaj.

Odwróciłem się i miałem zamiar iść dalej, ale przede mną przebiegło zwierze, a zaraz za nim piątka dzieciaków pomknęła w ślad za nim.

- Czy to był... - zaczynam.

- Smok – Chris skończył za mnie zdanie. – To jak? Już mi wierzysz?

Kiwnąłem głową, a szczęka mi opadła prawie do ziemi.

- Idziemy gonić smoka? – zapytał z szerokim uśmiechem.

- Idziemy gonić smoka! – krzyknąłem i ruszyłem w pogoń za brązowym gadem wielkości samochodu.
Pod dobrych piętnastu minutach biegania po całej osadzie udało nam się złapać smoka, dalej ciężko mi uwierzyć, że to wszystko jest prawdą, bogowie i tak dalej.

Okazuje się, że smoki jak gdyby nigdy nic żyją sobie tutaj jako ogromne zwierzaczki domowe, ten, którego złapaliśmy przed chwilą, jest jedynie dzieciaczkiem. Dorosłe smoki mogą osiągnąć jakieś dwadzieścia metrów, zionąć ogniem na czterdzieści i zdeptać nas w ciągu ułamka sekundy. Gdzie się człowiek nie ruszy i tak znajdzie jakąś matmę, ale i tak lepsze to od siedzenia w szkole.

Teraz idziemy na kolację, jaką drogą byśmy nie poszli, wystarczy się kierować do środka, by trafić do jadalni.

Mówiąc jadalnia, miałem na myśli ogromny okrągły stół, z krzesłami z zewnętrznej i wewnętrznej strony, by mogło siąść przy nim więcej osób. Czyli dokładniej rzecz biorąc, stół to nie koło, tylko okrąg.

Gdy już wszyscy byliśmy przy stole, jedzenie zjawiło się znikąd, a do wyboru było wszystko. Od najdziwniejszych rodzajów przystawek, typu ślimaki i przepiórki, po najzwyklejszą pizzę.

Siadłem obok Chrisa, a naprzeciwko nas pokazał się Ross, piegowata dziewczyna i dwójka dzieciaków, z którymi łapaliśmy smoka. Jednym z dzieciaków jest bląd-zielono włosa, mniej więcej czternastoletnia Eliza, córka Epony, a drugim dzieciakiem jest Alan, syn Belenosa.

Oczywiście co chwilę musiałem się dopytywać który bóg czego jest patronem. Gdybym trafił do takiej greckiej mitologii, to bym chociaż wiedział czego się spodziewać. W takich momentach człowiek zdaje sobie sprawę, że nie uczą nas w szkole niczego co może przydać nam się w przyszłości.

- Opona? To jakaś bogini samochodów? – zapytałem.

- Epona – powiedziała, głośno akcentując pierwszą literę, Liz. – To bogini urodzaju i obfitości, a także bogini koni.

To przynajmniej rozjaśniło mi trochę w głowie, dlatego zajmuje się smokiem. Tutaj młode smoki są wykorzystywane jako wierzchowce. Z tego, co się dowiedziałem, będę mieć lekcje latania na smokach. Beleanos okazuje się czymś w rodzaju boga uzdrawiającego ognia, w każdym razie tak zrozumiałem to, że: jest bogiem słońca, ale jest w stanie panować nad ogniem, a nawet nim uzdrawiać. Bogiem słońca jest również Lug.

Widać bogowie tutaj nie mają jednej wybranej funkcji, tylko biorą co chcą, na chybił trafił. Na przykład taki Dagda, jest najwyższym bogiem Panteonu Celtyckiego, a jego funkcje to, bycie doskonałym, gotowanie w magicznym kociołku nieskończoności i zabijanie i ożywianie magicznym kijem, do tego potrafi również walczyć lirą. W kilku grach grałem bardami, ale nie sądziłem, że w Realu to też się sprawdzi.

Nałożyłem sobie na talerz stos tostów z serem i wsłuchiwałem w konwersację pomiędzy Rossem, który okazał się synem Morrigan a Christopherem, do którego wczoraj przyznał się Diancecht.
Mój brat jest synem boga lekarzy, zawsze mówił o tym, że chce iść na medycynę, ale nie spodziewałem się, że będzie w tym miał aż takie ułatwienie. Zastanawiałem się, kto jest moim ojcem albo matką i kiedy postanowi przyznać się, do mnie. Mimo tego, że super byłoby mieć boga za jednego z rodziców, wciąż miałem nadzieję, że byłem synem osób, które mnie wychowały.

- Jakim cudem jesteście bliźniakami? – zapytał zdziwiony Ross, pochłaniając w międzyczasie jabłko.
- Urodziliśmy się jednego dnia, mamy tych samych rodziców, więc normalnie? – odpowiedział mój brat, na co ja nieomal nie wybuchnąłem śmiechem, ale udało mi się go ograniczyć do szerokiego uśmiechu.

- Przecież to nie jest możliwe, ty jesteś ciemnoskóry, a Liam nawet włosy ma białe.

- Bo jak byliśmy mali, ja zjadałem białą część Monte, a Chris tą czekoladową – odpowiedziałem i nie byłem już w stanie powstrzymywać śmiechu.

Zaraziłem nim Chrisa i on też mało nie spadł z ławki. Robimy ten żart wszystkim, ale za każdym razem śmieszy nas tak samo. Opowiedzieliśmy mu historię, jak to z nami jest dokładnie, trzeba tu zauważyć, że nigdy nie używamy słowa „bliźniak", wystarczy powiedzieć, że jesteśmy braćmi, a Christopher jest starszy ode mnie o dziesięć minut i to wystarczy, by każdy brał nas za nienormalnych bliźniaków.

Potem Ross opowiadał nam o Celtyckich bogach, dowiedziałem się, że jego matka jest boginią wojny, taki nieodłączny element pola bitwy. Diancecht w zazdrości o umiejętności swojego syna zabił go, by ten w przyszłości nie stał się lepszy od niego, a Oegnus poprosił tatę, by być panem na Tuatha De Dannan przez dzień i noc, ale nie sprecyzował liczby tych dni i nocy.

- Gdzie są nasze telefony? – zapytałem, kończąc jedzenie ostatniego tosta.

- Nie używamy telefonów, to zbyt niebezpieczne dla herosów – odpowiedziała mi dziewczyna.

- A ty jesteś? – skierowałem pytanie w stronę kasztanowo-włosej dziewczyny.

- Nazywam się Cameron, jestem córką Mananna – odpowiada.

- Boga morza – dopowiedział Ross.

Spojrzałem na jej nadgarstek, bransoletka, którą miała na sobie, przedstawiała rybę. Domyśliłem się, że znaki na bransoletkach to symbole oznaczające boga rodzica. Znakiem Mannana jest ryba. To trochę niesprawiedliwe, że Posejdon, który jest jego greckim odpowiednikiem, ma cały trójząb, a taki Mannan ma tylko rybę. Drżyjmy wszyscy przed wszechpotężnym dorszem!

- To Cam, jak z naszymi telefonami? – zapytał tym razem Chris.

- Nie dostaniecie ich, herosi są głównym celem polowań. Nie pozwolę na to, by jakiegoś kretyna zjadł fuath, bo namierzył jego GPS'a.

- Hej, już jednego pokonałem. Tobie pewnie też dałbym radę – powiedziałem, celowo rzucając wyzwanie, by sprawdzić, czy złapie haczyk.

Cameron wydawała się jedną z tych osób, które postarają się zrobić wszystko, by pokazać tylko to, że są w stanie. Jakbym jej powiedział, że jestem w stanie odciąć sobie nogę, a ona nie, to oboje już byśmy robili za piratów. Moim błędem jest to, że potrafię zrobić wszystko dla dobrego żartu.

- Nawet nie masz o czym marzyć.

- To zakład? Jak cię pokonam, dasz mi zadzwonić, a jak przegram, to...

- Przejmiesz moje obowiązki na miesiąc – odpowiedziała uśmiechnięta.

Nie mam pojęcia, o jakie obowiązki mogło jej chodzić, ale samo to słowo napawa mnie strachem. Zgodziłem się, wiem, jak bardzo musi zamartwiać się teraz mama. Jedyne czego mogła się dowiedzieć od nauczycieli to to, że schorowany Chris wybiegł z klasy a ja za nim, po czym zniknęliśmy na półtora dnia. Muszę do niej zadzwonić.

Cameron szepnęła do jakiegoś krasnoludka, by przynieśli jej dwa miecze. Sam się w to wpakowałem, ciekawe czy przeżyję. Niebieskie oczy dziewczyny patrzyły na mnie triumfalnie, jakby chciała nimi powiedzieć, że nie wytrzymam pięciu sekund walki z nią.

Po chwili zjawia się krasnoludek i podaje nam sprzęt. Miecz w mojej ręce był strasznie ciężki, trzymałem go, dotykając ostrzem ziemi, bo chyba nie byłbym w stanie za długo go utrzymać w górze. Cam, nie ma takiego problemu, uniosła srebrne ostrze nad głowę i machnięciem mało nie odcięła mi głowy, ale na całe szczęście zdążyłem się uchylić. Bardziej chodzi o to, że spadłem z krzesła, ale można to uznać za unik.

Zrobiłem przewrót w tył i stanąłem na równych nogach, tym razem ustawiłem się, tak by nie przewrócić się, gdy tylko nasze miecze się zderzą. Cameron przeskoczyła nad stołem, przewracając wazę z kompotem, trzymając miecza głową obiema rękami i w momencie, gdy była nade mną, uderzyła z całej siły. Ciężar ciosu sprawił, że moje kolana lekko się pode mną ugięły i mógłbym przysiąc, że zapadłem się dobre pięć centymetrów w trawę.

Cam, zdziwiona tym, że cios nie powalił mnie na ziemię, na chwilę straciła pewność siebie, co wykorzystałem, by tym razem jako pierwszy zadać cios, oczywiście nic tym nie zdziałałem, bo dziewczyna bez problemu odparła atak, ale przynajmniej nie czuję się takim cieniasem jak pięć sekund temu

Sunąc na pewności siebie, udało mi się natrzeć na nią jeszcze kilka razy, ale za każdym razem zdołała odeprzeć mój atak. Poczułem jak słońce ogrzewa mój bok, czemu ono zawsze grzeje z jednej strony? Z zamyślenie wyrywa mnie gwizd miecza tuż obok mojej twarzy. „Skup się" rozkazałem sobie w myślach i nieświadomie zamknąłem oczy. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale gdy nic nie widziałem, walczyłem prawdopodobnie lepiej niż z otwartymi.

Spokojnie zdążyliśmy z Cameron ze dwa razy okrążyć stół i zwrócić na siebie uwagę wszystkich herosów i stworzeń w zajeździe. Udało mi się odsunąć od niej na tyle, by swobodnie wskoczyć z powrotem na stół.

Opłacało mi się chodzić w dzieciństwie na gimnastykę i narażać na śmiech rówieśników, przynajmniej teraz bez problemu udało mi się wskoczyć na ławkę, robiąc salto w tył i kopnąć koleżankę w dłoń, tak, że o mało nie wypuściła miecza z niej miecza. Trochę ją to rozwścieczyło, ale było już po niej widać zmęczenia.

Ja natomiast miałem wrażenie, że jestem bardziej nabuzowany niż przed walką. Dałem jej chwilę czasu by i ona wskoczyła na stół, co zrobiła niemal błyskawicznie. Przez cały czas graliśmy według jej zasad, teraz była kolej na moje.

Za każdy jej jeden, teraz już słaby, zadany cios, oddawałem trzy silniejsze. W końcu jej ręce nie dawały sobie rady z utrzymaniem miecza. Czułem jak robiło mi się gorąco i mam wrażenie, że moja skóra zaczyna jaśnieć, jak wczoraj dłonie. Szybko odwróciłem miecz, chwyciłem go za ostrze, modląc się, by nie przeciął mi dłoni na pół. Trzonem z całej siły uderzyłem w dłonie Cam i wybiłem jej miecz z dłoni, który poleciał na dobre trzy metry.

Czułem się silny i wiedziałem, że spokojnie mógłbym walczyć dalej, ale lepiej będzie, jak to skończę. Podrzuciłem ostrze w ręce, tak by ponownie złapać za rękojeść i skierowałem klingę w jej stronę.

Nie widziałem w jej oczach złości, tylko zdziwienie, ale chyba zrozumiałem czemu. Ja... Świeciłem. Złota poświata emanowała z mojej skóry jak promienie ze słońca, ale chwilę potem zaczęła znowu gasnąć, a ja poczułem zmęczenie.

Rozejrzałem się wokół i zauważyłem, że wszyscy się na mnie gapią.

Obok mnie pojawiła się bransoletka wykonana ze skóry, dokładnie taka sama, jaką mają Ross, Chris i Cam. Na mojej był znak czterech nałożonych na siebie diamencików, w taki sposób by każdy z rogów nie stykał się z drugim. Założyłem skórzaną bransoletę na nadgarstek.

- Brawo synu Luga – powiedziała do mnie Cameron. – Chodź promyczku to ci dam ten twój głupi telefon.

Uśmiechnąłem się szeroko. Lug, bóg słońca, przyznał się do mnie!

Cameron szła tak szybko, że ciężko mi było za nią nadążyć. Co jakiś czas musiałem podbiegać, by nie stracić jej z oczu. Szła z dumnie wypiętą klatą, mimo tego, że przed chwilą przegrała z kimś, kto pierwszy raz trzymał w ręku broń.

- Hej, obraziłaś się na mnie? – zapytałem, może to było średnio inteligentne zagranie, ale nie miałem nic do stracenia.

- Gdybym wiedziała, że jesteś synem boga szczęściarzy, to bym... orghhh.

- Czyli Lug, to nie tylko płomyczek?

- Nie, to nie tylko „płomyczek" – powiedziała, papugując mój ton i robiąc przy tym głupią minę. –Lug jest też bogiem podróżników, artystów i jak już mówiłam słońca, szczęścia i co najgorsze... chaosu. Czyli, że twoja wygrana ze mną, to jedynie szczęśliwy przypadek.

Wiedziałem, że to nie jest prawdą, ale nie miałem ochoty się z nią kłócić.

- A jego znakiem jest... błysk?

- Ośmioramienna gwiazda.

Nie ważne jak bardzo się starałem, nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu.

- Nie ciesz się tak – powiedziała – twoje błogosławieństwo szczęścia nie będzie trwać wiecznie, a ja będę czekać na rewanż.

- Przynajmniej wiem, że muszę zapamiętać, żeby nigdy już z tobą nie walczyć – odpowiedziałem. Najwidoczniej przegrana dość mocno ją dotknęła.

Zniknęła w jakimś namiocie, wielkości szałasu osiołka z Kubusia Puchatka i po krótkiej chwili z wróciła moim telefonem. Miałem ochotę jak najszybciej wstukać w nim numer do rodziców, ale Cameron stała i mi się przyglądała.

- Em, możesz iść? Chciałabym zadzwonić.

- Muszę mieć pewność, że nie zdradzisz nikomu położenia zajazdu.

- Dzwonię do dziewczyny, więc jeżeli naprawdę ci się chce wsłuchiwać w naszą... - kłamstwo podziałało, Cameron odeszła nie dając mi skończyć.

W sumie to nie było do końca kłamstwo, moja mama przecież dziewczyną.

- Synku, to ty? – słyszę w słuchawce roztrzęsiony głos.

- Mamo, nie martw się o nas...

- Gdzie zniknęliście? Ty Chris, tak... bez słowa... wzywaliśmy z ojcem policję - powiedziała smutnym głosem, miałem wrażenie, że płacze.

- Z ojcem Lugiem, tak? – zapytałem, na co mama wydała z siebie smutne „och".

- Jesteście w zajeździe? Mówił, że to będzie dla was bezpieczniejsze.

- Dlaczego nigdy nic mi nie powiedziałaś? Wiedziałaś, że Chris też... - nie za bardzo wiedziałem czym uzupełnić lukę, albo zwyczajnie to wszystko dalej było dla mnie zbyt dziwne – jest herosem? – wykrztusiłem z siebie, przełykając ślinę.

- Tak.

Mocno zacisnąłem powieki i zakryłem dłonią twarz. Wiedziała i nic nie mówiła, przez szesnaście lat ukrywała przede mną prawdę o tożsamości mojego ojca.

- Dlaczego... – przerwałem, bo miałem wrażenie, że zaraz się rozpłaczę. Wziąłem głęboki oddech i mówiłem dalej – dlaczego, to przed nami ukrywałaś?

- Nie chciałam, by coś wam się stało. Nie wiedząc byliście bezpieczniejsi. Proszę, uważajcie tam na siebie, dobrze? – powiedziała tak smutnym i błagalnym tonem, że nie miałem ochoty ani siły się już na nią gniewać.

Chciałem tylko rzucić się na łóżko i krzyczeć w poduszkę.

- Obiecuję – zmieniłem obietnicę w pożegnanie i rozłączyłem się.

Usiadłem na ziemi i położyłem ręce za głową, opierając łokcie na kolanach.

Moim ojcem nie jest Arthur Davies, ale celtycki bóg, który istniał za czasów Arthura, który wyciągnął miecz ze skały i stał się królem Anglii. Moim ojcem jest bóg słońca, tej dziwnej jaśniejącej na niebie złotym światełkiem kuli.

Nie wiem ile tam siedziałem, z opuszczoną między kolanami głową, ale skubiąc trawę, czas płynie szybciej. Już dawno zrobiło się ciemno.

- Zerwaliście? – zapytała, widząc moją minę Cameron.

- Jak miałem zerwać z mamą?

- Mówiłeś, że dzwonisz do dziewczyny.

- To ona nie jest dziewczyną? – zapytałem, podnosząc głowę.

- Jest. Nie ważne. Musisz iść do namiotu, cisza nocna zaraz się zacznie. No i oddaj mi telefon – powiedziała, wyciągając rękę w moją stronę, żebym mógł jej oddać urządzenie. Zrobiłem to automatycznie, nie patrząc w jej stronę.

Poszliśmy w stronę kilkunastu stojących obok siebie namiotów. Wszedłem do biało-żółtego namiotu, który wskazała mi Cam. Nie były one z byt duże, no z zewnątrz, bo w środku każdy z nich miał pokój mierzący jakieś piętnaście na piętnaście metrów i kolejkę piętrowych łóżek.

Namiot dzieliły dzieci Luga i Beleanosa, ponieważ obaj bogowie są utożsamiani z greckim bogiem Apollem. Czułem się trochę dziwnie otoczony moimi braćmi, było nimi czterech chłopców i trzy dziewczyny, wszyscy dość podobnych do mnie, a mój jedyny brat, z którym się wychowałem pierwszy, raz nie dzieli ze mną pokoju. W sumie to nawet dobrze, bo miałem wrażenie, że już nigdy się od niego nie uwolnię. Dzieci Beleanosa była kolejna jedenastka.



Na następny dzień mamy zaplanowane śniadanie przy naszym okrągłym stole, następnie ćwiczenia z łucznictwa, bo jak się okazało, mój tata był świetnym strzelcem, obiad, potem wygrzewanie się przez jakiś czas na słońcu, bo mam kilka godzin przerwy, kolacja i na szczęśliwy koniec dnia okazało się, że dziś dzieciaki z mojego kochanego żółtego namiotu walczą z błękitno zielonym, czyli z dziećmi, których rodzice mają jakikolwiek związek z wodą.

W tym z dziećmi Mananna, a na moje nieszczęście Cameron jest dzisiaj bardzo wesoła i chyba obmyśliła już plan jak skutecznie mnie upokorzyć. Na całe szczęście miałem czas do wieczora, więc mogło istnieć spore prawdopodobieństwo, że w międzyczasie coś, lub ktoś mnie zabije.

Wstałem trochę za późno i gdybym specjalnie przejął się swoim wyglądem, to zapewne spóźniłbym się na śniadanie, dlatego rozczochranymi włosami poszedłem na śniadanie.

- Bracie, nie stać cię na grzebień? – zapytał mnie Chris.

- To w tej norze są sklepy? – odpowiedziałem.

Trochę dziwne, że mówi mi to akurat on. Jego afro ma chyba z pół metra wysokości i może w nim skutecznie ukrywać ściągi na sprawdziany, a nawet mógłbym go podejrzewać o ukrywanie w nim krasnoluda.

Podeszliśmy razem do stołu i zaczęliśmy śniadanie, nałożyłem sobie kilka naleśników, ale po wczorajszej kolacji nie byłem w stanie zbyt dużo w siebie wcisnąć. W przeciwieństwie do Chrisa jemu udało się tosty, jajecznicę, płatki i zagryźć najróżniejszymi owocami.

Christopher ma inny plan zajęć niż ja, po śniadaniu idzie zbierać zioła i grzyby, które rosną tylko do którejś tam godziny, następnie będzie się uczyć, w jaki sposób wykorzystać to, co zebrał, mamy wspólny obiad, mam nadzielę, że będzie na tyle miły, by nie dorzucić mi do niego jakiegoś dziwnego liścia, po którym Zamienię się w złotą żabę. Po obiedzie ma jakieś podstawowe zasady magicznego RKO i na szczęśliwy koniec dnia, po kolacji, będzie jednym z ratowników w naszym turnieju.

Zjadłem i powlokłem swoje cztery litery na stanowisko łucznicze. Po jednej stronie na drewnianych uchwytach wisiały łuki, a po drugiej, oddalonej od nas o jakieś trzydzieści metrów były tarcze. Najzwyklejsze, poskładane ze stosów siana kółeczka, z których największe było brzegiem tarczy, a najmniejsze z jeszcze mniejszą kropką w środku, były celem, w którym miałem trafić.

Chwyciłem drewniany łuk i leżący przy nim kołczan wraz ze strzałami. Stanąłem przed jednym z celów ustawionych w rządku, po mojej prawej stronie ustawiła się Luna, moja siostra od strony tatusia. Miała jakieś dwanaście lat, złote włosy zaplecione w warkoczyk, który oplatał jej głowę, a pojedyncze pasemka spływały jej po twarzy. Przednie zęby miała tak duże, że gdyby doczepić jej uszy zająca, to spokojnie mogłaby go udawać.

Poszedł do nas Marco, pokazał mi, jak prawidłowo powinienem chwycić łuk, następnie sam wziął swój sprzęt i stanął na stanowisku po mojej lewej stronie. Ustawił dokładnie w tej samej pozycji, co pokazywał mi przed chwilą, uniósł łuk, równocześnie naciągając cięciwę. W skupieniu wycelował w tarczę i zwolnił cięciwę.

Strzała poszybowała w stronę celu, trafiając minimetry obok środka. Mark uśmiechnął się do mnie, ukazując białe zęby i machnął ręką, by dać mi znak, że teraz moja kolej. Starałem się krok po kroku powtórzyć wszystko, co mi pokazał. Stanąłem przy wyznaczonej linii, uniosłem łuk i strzeliłem.

Strzała powędrowała na dobre dwadzieścia metrów... za cel. Luna, patrząc na moje wyczyny, parsknęła śmiechem, odwróciła ode mnie wzrok i strzeliła z łuku, trafiając idealnie w sam środek celu.

- Masz mnie tego nauczyć – powiedziałem z szeroko otwartymi oczami ze zdziwienia.

Dziewczynka miała całkiem poważną minę, ale zdradzały ją roześmiane zielone oczy.

- Nie możesz się tak spinać, strzał z łuku misi być dla ciebie czymś naturalnym – zaczęła mi tłumaczyć. – Podnosząc łuk, naciągasz cięciwę i bierzesz głęboki wdech. Cały czas musisz patrzeć w cel, wiedzieć, w co chcesz trafić, wypuszczając powietrze, wypuszczasz strzałę.

Luna zwalnia cięciwę i jej strzała trafia dokładnie w to samo miejsce co poprzednia, czyli w środek tarczy. Potrzebowałem trzech prób, zanim udało mi się trafić w środek, ale gdy tylko mi się to udało, każda ze strzał trafiała idealnie, nieważne jak daleko od celu kazali mi stać.

Po obiedzie chwyciłem za notatnik, który udało mi się wyciągnąć od Rossa, zrozumiałem też, że chłopak pełni tu wiele funkcji. Jak dla mnie może mieć co najwyżej dwadzieścia trzy lata, ale podobno ma więcej. Jest prawą ręką nic nierobiącego i wiecznie marudnego Matha. A Cam też ma tu całkiem sporo do powiedzenia.

Nie specjalnie zmęczyło mnie dzisiejsze stanie w miejscu i strzelanie, było nawet fajnie, szczególnie jak się trafia, ale teraz nie mam co robić. Chwyciłem za notatnik i poszedłem nad morze. Jest całkiem spore i otacza zajazd z trzech stron.

Będąc tam, trafiłem na dzieciaki bóstw wody, kilkoro z nich uczyło się pływać, siedzieli sobie pod wodą, a inni zwyczajnie się chlapali. Co w moim słowniku zaczęło oznaczać zwyczajnie, bo w praktyce lekko unosząc ręce, potrafili zrobić falę, która przykrywała trzy następne osoby.

Odnalazłem wzrokiem Cameron, która razem z braćmi ścigała się do ustalonej mety. Odwróciłem się i powędrowałem wzdłuż brzegu, zostawiając na piasku ślady stóp. Straciłem z oczu część zajazdu i postanowiłem skręcić w stronę małego lasku, w którym ma się dzisiaj odbyć bitwa.

Patrzenie się pod nogi, gdy przechodzi się obok drzewa, to bardzo zły pomysł, chyba jedynie mój tata sprawił, że nie uderzyłem w nie głową i zatrzymałem centymetry przed korą. Zrobiłem kilka kroków w tył, żeby móc lepiej się przyjrzeć.

Drzewo było tak wielkie, że zdawało się nie mieć końca, a jego korona wyrastała z nieba. Cofałem się długo, bo chciałem zobaczyć jego szczyt, ale jeżeli nie wlecę nad drzewo helikopterem, to raczej nie ma na to szans. Zdążyłem wrócić nad jezioro, to drzewo jest widoczne stąd, a ja i tak o mało co się w nie nie uderzyłem.

Usiadłem na piasku i zacząłem szkicować. Ogromny dąb między innymi, cieniutkimi w porównaniu do niego drzewami, korzenie, które wybiły się z ziemi, wielką koronę, która sięga za ramy mojej kartki i ten dziwny znak, który widać z daleka. Triskelion, znak przypominający trzy połączone ze sobą spirale. Staram się dokładnie odwzorować każdy szczegół, dokładny kąt padania światła i kolory. Podchodzę bliżej, bo miałem dziwne wrażenie, że to drzewo coś ukrywa, ale nie potrafiłem stwierdzić co.

Gdy skończyłem rysunek, spojrzałem w stronę morza. Słońce zbliżało się ku horyzontowi. Mógłbym się teraz rozczulać nad niesamowitą, niezliczoną gamą barw, jaką przybiera niebo w czasie zachodu słońca, ale spóźniłbym się na kolację. Dzisiaj jest przesunięta dla obu naszych grup, żebyśmy zdążyli się jeszcze ogarnąć, zanim będzie ciemno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz