Pewnie już gdzieś to słyszeliście; był sobie bóg, była sobie piękna kobieta, zakochali się w sobie, a owocem ich miłości było dziecko. Jedynym szczegółem odróżniającym ich dzieci jest to, że są herosami, a żaden potwór nie lubi herosów. A my ich, nie lubimy też szkoły, ale to też jest jeden z problemów współczesnych półbogów.
Dawno dawno temu, w odległej -serio odległej - galaktyce, dokładniej na pewnej lekcji matematyki był sobie pewien młody, przystojny chłopak, o słodkim i najlepszym imieniu, jakie można było wymyślić, a brzmiało ono Liam Davies.
Tak, to ja.
Mam szesnaście lat, przeważnie się uczę, gram w gry komputerowe i oglądam jakieś głupie filmy, które nie wnoszą nic do mojego życia. Prawdę mówiąc, to żadna z wyżej wymienionych czynności nie wniosła nic do mojego życia. To by wyjaśniało, dlaczego zasnąłem na lekcji.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to była naprawdę nudna lekcja. Tego nie powinno się robić młodzieży, kazać nam siedzieć w ławce i wsłuchiwać się w najbardziej monotonny głos na świecie, należący do jednych z najbardziej okrutnych istot świata, w porównaniu, do których najgorsze potwory, z jakimi walczyłem to małe szczeniaczki, a nazywają się nauczyciele.
Dobrze wiem, że to ma na celu nas sprawdzić, każde słowo wypowiedziane przez profesorów usypia naszą czujność! Przetrwają tylko wytrwali, a inni, ci słabi, tak słabi, jak ja, w oczekiwaniu na dzwonek, padną na polu bitwy.
Ze snu, niczym morderczy wystrzał, wybrudził mnie głos nauczycielki. Wzdrygnąłem się, jakby ktoś dotknął mnie kostką lodu, a przy okazji zrzuciłem podręcznik na ziemię. Z szeroko otwartymi oczami i śladem ławki na policzku spojrzałem pani Smith w dwie świdrujące, czarne dziury zastępujące jej oczy, które właśnie starały się przejrzeć moje sumienie na wylot.
- Panie Davies, czy pan spał? – zapytała mnie nauczycielka, takim tonem jakby chciała mi przekazać, że ma cztery metry wzrostu i zaraz zdepcze mnie swoją ogromną stopą.
- Ależ skąd pani profesor, nie śmiałbym – odpowiedziałem, skoro zna prawdę to po co pyta? Nienawidzę tego u nauczycieli, zawsze starają się pokazać nam, że nad nami górują.
- A mogę wiedzieć, dlaczego leżałeś na ławce?
- Tak bardzo załamałem się nad tym zadaniem.
- Przecież był pan na olimpiadzie matematycznej, a to zadanie jest zaledwie z zakresu podstawowego – powiedziała, uderzając wskaźnikiem o powierzchnie swojej dłoni.
- Właśnie to, jak łatwe jest to zadanie, mnie załamało – pani profesor spojrzała na mnie morderczym wzrokiem, a jej blond natapirowane włosy zdawały się jeszcze bardziej unosić ku niebu, tak jakby nawet one chciały od niej uciec.
Po tym, jak pani Smith rzuciła mi spojrzenie spode łba, wróciła do tłumaczenia czegoś tam o funkcji kwadratowej. Podniosłem podręcznik z ziemi i położyłem go z powrotem na ławce, potem jak zwykle otworzyłem zeszyt na ostatniej stronie i kończyłem rysować.
W zeszycie od matematyki mam chyba całą konstelację gwiazd, a w zeszycie od polskiego dokładnie odwzorowany portret „Davida" Michała Anioła. Matematykę jeszcze jestem w stanie znieść, jest trudna i trzeba myśleć, ale przynajmniej nie trzeba się jej uczyć, jak przedmiotów humanistycznych.
Kończyłem właśnie rysować wąs pani Smith, gdy usłyszałem za plecami kaszel. To pewnie Chris chciał, żebym się odwrócił, bo nie może wytrzymać piętnastu minut do przerwy, by ponabijać się z całej tej sytuacji. Zaraz potem poczułem uderzenie w plecy, co go tak bardzo ciśnie do żartów? Z ciekawości się odwróciłem i zobaczyłem załzawioną twarz brata.
Chris wybiegł z klasy, charcząc, jakby jego krtań próbowała wydostać się na zewnątrz. Brat zostawił za sobą uchylone drzwi, przez chwilę się im przyglądałem, ale gdy tylko się ocknąłem, podniosłem rękę, by zapytać panią, czy mogę wyjść za Chrisem.
- Idź – powiedziała na widok moich dwóch palców skierowanych ku górze.
Szybko spakowałem siebie i brata, ale bez zapinania plecaków, by nie marnować czasu i wybiegłem na korytarz, w stronę gabinetu pielęgniarki. W połowie zahaczyłem o coś stopą i upadłem na ziemię, wysypując zawartość obu toreb.
Jeden z zeszytów prześlizgnął się przez kilka metrów po drewnianej podłodze, a wokół mnie powstała aureola rozsypanych kredek. Usiadłem i spojrzałem w miejsce, o które zahaczyłem. Była tam stopa, ale nie moja.
- Chris, ty kretynie! – wydarłem się na niego.
- Nie drzyj się, bo ktoś nas przyłapie – uciszył mnie brat, krzywiąc usta w uśmiechu.
- Tak, bo to moje krzyki, a nie upadek narobiły hałasu – powiedziałam już spokojnie, ale nadal miałem ochotę go zabić.
Nie dość, że mnie nastraszył tym kaszlem, to jeszcze przez niego zdarłem sobie łokieć.
Christopher podał mi rękę i pomógł się podnieść, wstając, chwyciłem najbliżej leżący mnie zeszyt i gdy tylko stanąłem na równych nogach, uderzyłem go nim w ramię. Po czym zacząłem wkładać rzeczy do plecaka.
Zaśmiał się i przykucnął, by pomóc mi chować rzeczy.
- Dlaczego wybiegłeś z Sali? – zapytałem po chwili.
- Nie wytrzymałbym więcej z Białą Śmiercią.
Takie (nie)śmieszne przezwisko nadał pani Smith, ale używał go tylko w moim towarzystwie, ale nawet ja nie uważam, że było to jakoś szczególnie zabawne. Nie było też bezpodstawne.
Nawiązywało do jej wyglądu. Pani Smith była bardzo chudą i kwadratowo-szczęką kobietą, jej ciemne oczy były ogromne i gdy ktoś w nie spojrzał, miał wrażenie, że wypadną jej z czaszki. „Biała" dlatego, że miała bardzo jasną karnację i jasne blond włosy przeplatane siwymi kosmykami, a by jeszcze bardziej pokazać, jak bardzo jest biała, nosiła długie, sięgające do kostek białe sukienki, albo okropne falowane spódnice.
- To rasistowsko brzmi – mruknąłem pod nosem.
- Człowieku, jestem czarny – odpowiedział, powstrzymując śmiech.
- Właśnie dlatego to rasistowskie. Ej, a tak w ogóle, to może wrócimy?
- Żartujesz? Dzisiaj jest ostatni dzień sprawdzania frekwencji, pani Smith zwolni nas z drugiej matmy, a to nasza ostatnia lekcja, więc... WAKACJE! – krzyknął, zakłócając tym lekcje, w prawdopodobnie trzech następnych salach.
Obiema rękami rzuciłem się, by zakryć mu usta. Gdy jedne z drzwi zaczęły się uchylać, oboje popędziliśmy w stronę wyjścia ze szkoły, jakby biegło za nami stado psów. Oczywiście najgorsze są drzwi wejściowe, niby automatyczne, ale żeby je uruchomić, trzeba wyjąć specjalną kartę i przyłożyć do czytnika, co odejmuje nam od czasu ucieczki przed woźnym dobre trzydzieści sekund.
W końcu udaje nam się uciec ze szkoły, a za cel naszej podróży uznaliśmy pobliskie oczko wodne ukryte w byłym parku nadmorskim, teraz tak to wszystko zarosło, że spokojnie można to zaliczyć jako las, ale nazwa została. Gdy tylko dobiegliśmy na miejsce, runęliśmy na ziemię ze zmęczenia, ale siły mieliśmy jeszcze na tyle dużo by wybuchnąć śmiechem.
- Czujesz to? – zapytał Chris z przerwą, by wziąć oddech.
- Nie, niby co miałbym czuć? – odpowiedziałem zdyszany.
- Smród naszych rozkładających się ciał. Mam zamiar spędzić tu całe wakacje, gnijąc na słońcu, nasz smród powinno dać się czuć już w przeszłości.
- Obrzydlistwo.
Uśmiechnąłem się do niego szeroko, wstałem z ziemi, strzepując z siebie trawę i podszedłem do oczka wodnego. Chris natomiast miał inny plan, ściągnął z siebie przepoconą koszulkę, odkrywając jeszcze bardziej przepocony bezrękawnik, narzucił ją sobie na głowę i poszedł spać otoczony smrodem własnego potu.
Ja raczej nie byłem zbytnio zmęczony, może to mieć związek z tym, że przespałem dobre pół godziny matematyki. Wziąłem do ręki płaski kamyk i rzuciłem nim o taflę jeziorka, zakłócając jego spokój.
Christopher jest naprawdę specyficzną osobą, uczy się świetnie, ale zawsze przez niego mam jakieś kłopoty. Nie jesteśmy biologicznymi braćmi. To by było dziwne, skoro ja jestem niebieskookim blondynem, a on ciemnoskórym brunetem o oczach w kolorze gorzkiej czekolady.
A mimo tego oczywistego faktu do piątego roku życia sądziłem, że jesteśmy w stu procentach ze sobą spokrewnieni. Żebyście nie myśleli, że moja mama zdradziła tatę czy ewentualnie na odwrót. Moja mama była na porodówce w ten sam dzień co mama Christophera, ale po urodzeniu zostawiła go i zniknęła, mojej mamie zrobiło się żal porzuconego noworodka i postanowiła, że przyłączy go do naszej rodziny.
Chris jest starszy ode mnie dokładnie o dziesięć minut i oczywiście nigdy nie daje mi o tym zapomnieć. Zawsze zachowywaliśmy się jak bliźniaki, nic nie było w stanie nas rozłączyć.
- Zostaw to jezioro w spokoju, bo się na ciebie wkurzy.
- Woda ma mnie zaatakować? – pytam, puszczając kolejną kaczkę i oglądam, jak pokonuje kolejne metry. – Tak osiem odbić, przebijesz to? Nie, bo twoim rekordem są dwa! I ponownie mistrz Liam wraca do gry!
Zniesmaczona mina Chrisa dziwnie się wykrzywiła.
- Stary ducha zobaczyłeś? – zapytałem go.
- Padnij! – krzyknął i nie podnosząc się z ziemi, już drugi raz mnie dzisiaj podciął. I wtedy to zobaczyłem, jakby chmara dymu kształtem przypominająca tygrysa unosiła się znad jeziora, a na środku jego paszczy były szmaragdowe oczy, dziwnie jaśniejące, tak jakby ktoś od środka oświetlał je latarką.
- Co to jest! – wrzasnąłem przerażony.
- Stary, nie zastanawiaj się, tylko spadamy!
Brat zdążył w tym czasie wstać i pociągnął mnie za ramię, pobiegliśmy przed siebie.
Ucieczka przez las, przed czymś, co przenika przez drzewa, nie jest najmądrzejszym pomysłem. Nasz slalom pomiędzy gałęziami wydawał się spacerkiem w porównaniu do prędkości biegu potwora. Któremu zajęło krótką chwilę, żeby nas dogonić.
Trzeci raz w ciągu pół godziny uderzyłem o ziemię, poczułem, jak zęby potwora wbiły się w moją łydkę. Jeżeli kopnął was ktoś kiedyś w piszczel albo sami się w nią uderzyliście, to wiecie, jak bardzo to boli, a teraz wyobraźcie sobie, że to uderzenie jest długotrwałe i tysiąc razy bardziej nie do wytrzymania.
Krzyk przeszedł mi przez gardło, przez co Chris odwrócił się i zauważył jak zwierze, o ile mogę tak to nazwać, ciągnęło mnie w głąb lasu. Brat zamiast biec przed siebie, jak najdalej od demona, wrócił się po mnie.
- Co ty robisz? – krzyknąłem do niego, mało co nie zużywając wszystkich sił. – Uciekaj!
- Nie idę bez ciebie.
Rzucił się na ziemię i chwycił moją rękę, zwierzę ciągnęło teraz nas oboje.
Miałem wrażenie, że coraz bardziej tracę kontakt z rzeczywistością, moje ręce powoli zaczynały świecić. Nie wiem czy to przez utratę krwi widzę światło, ale miałem wrażenie, że one naprawdę robiły się coraz jaśniejsze.
- Auć – syknął Chris i puścił moją dłoń, ale chwilę potem zorientował się co zrobił i ponownie zaczął biec w moją stronę.
Nie miałem siły, ale postanowiłem odwrócić się w stronę potwora, i chociaż spróbować uwolnić nogę. Nachyliłem się na tyle na ile było to możliwe i mocno chwyciłem potwora za pysk. Moje jaśniejące ręce w kontakcie z paszczą potwora mocno rozbłysły i dym, z którego zwierzak był stworzony, wybuchł, odrzucając mnie jakieś pięć metrów do tyłu.
Zahamowałem, uderzając w drzewo, ale na szczęście uderzyłem na tyle nisko, że upadek był jedną z najmniej bolesnych rzeczy dzisiejszego dnia. Otworzyłem dłoń, która przed chwilą przestała być fluorescencyjna i teraz znowu jest normalna. Są w niej dwa szmaragdy wielkości śliwek, jeżeli do jutra nie znikną, to będę miał pewność, że to, co się stało, nie było koszmarem.
Po chwili pojawił się Christopher.
- To... on ciebie... i ty... a ja... co z twoją nogą?! – powiedział na jednym wydechu, chwycił się za głowę i długo wydychał powietrze.
- Jakoś nieszczególnie chce mi się ją oglądać. – Ani nawet podnieść.
Chris do mnie podszedł i urywał materiał spodni na tyle, by mieć dostęp do piszczeli.
- Będzie dobrze bracie, będzie dobrze – powiedział tak, jakby sam w to nie wierzył.
Dotknął mojej nogi, a ból nagle się zmniejszył, rozluźniłem się, ale zanim tego zrobiłem, nie miałem pojęcia, jak spięty byłem.
- Krew jakoś, no... nie leci. Idziemy stąd, coś w tym lesie jest nie tak.
Czyjaś głowa wyjrzała zza drzewa, należała do kobiety. Miała długie, sięgające jej do kostek, nierealnie białe włosy, twarz dziwnie smutną, jakby nigdy w życiu nie spotkało ją nic szczęśliwego. Z podartych szat widać było kawałki ciała, kobieta była tak chuda, że można by było prowadzić na niej lekcje anatomii. Przyglądała nam się niebieskimi, napuchłymi od łez oczami.
- Kto to? – zapytałem Chrisa, mimo że wiedziałem, że nie zna odpowiedzi.
- Co? Gdzie? – brat rozglądał się wokół siebie, ale nie był w stanie nikogo dostrzec.
Spojrzał na mnie zmartwionym wzrokiem, jakby miał właśnie postawić diagnozę, że od uderzenia w głowę zwariowałem. Z drugiej strony, co dziwnego jest w kobiecie? Przed chwilą ganiał za mną tygrys z dymu.
Mogłem mieć przywidzenia, ale biorąc pod uwagę, to co się dzisiaj stało, to raczej większe prawdopodobieństwo jest takie, że ta kobieta też jest dziwnym stworem, ale jakby była zła, to już dawno wykończyłaby dwóch poharatanych chłopców, gdzie jeden z nich nawet nie może się podnieść.
Poprosiłem Christophera, by pomógł mi wstać. Nieco niechętnie, ale brat spełnił moją prośbę. Podeszliśmy do dziwnej kobiety, znaczy, bardziej dokuśtykałem się do niej wsparty ramieniem brata.
- Kim jesteś – zapytałem ją.
Trochę dziwnie się czułem wiedząc, że Dian jej nie widział i prawdopodobnie uważał, że oszalałem i gadałem do siebie.
Kobieta mi nie odpowiedziała, odwróciła się i powoli zaczęła lecieć w stronę miejsca, gdzie las się kończył i znajdowała się droga do centrum miasta.
- Idziemy – poinstruowałem brata.
Przebyliśmy całą drogę powrotną dobre dziesięć razy wolniej, niż gdy przybiegliśmy do jeziorka, ale na wyjściu z lasu się nie skończyło. Zjawa prowadziła nas dalej, w stronę opuszczonego muzeum, gdzie dwa razy w tygodniu odbywały się rekonstrukcje historyczne, takich wydarzeń jak rozmowy Arthura z rycerzami okrągłego stołu, walki rycerzy i inne nudne rzeczy, typu szycie szat i wykuwanie zbroi łańcuszek po łańcuszku.
Mnie takie rzeczy nigdy nie ciekawiły, ale do dziesiątego roku życia Chris był ich fanatykiem. W końcu i jemu się znudziło. Zapukałem do ogromnych drzwi, a mężczyzna w czerwonej koszulce, używając starożytnego wizjera, który tak naprawdę był przesuwaną klapką, ocenił nas wzrokiem.
- Czego tu chcecie? – zapytał niskim, dudniącym głosem. – Wstęp dla odwiedzających dopiero w następny wtorek.
- Ja... - nie za bardzo wiedziałem co odpowiedzieć.
Przecież nie mogłem powiedzieć „Słuchaj pan, właśnie gonił mnie tygrys, zrobiony z jakiejś mgły, a do muzeum zaprowadziła mnie wychudzona kobieta, która do bólu przypominała śmierć przedstawianą na średniowiecznych obrazkach i chciałabym wiedzieć, na co to wszystko!".
- Wpuści nas pan? My naprawdę musimy wejść – odezwał się mój brat.
- A zapłata? – zapytał strażnik.
Z tego wszystkiego zapomnieliśmy zabrać plecaków, w którym zostały książki, pieniądze, dokumenty... Włożyłem ręce do kieszeni, może zostały mi w niej jakieś drobniaki. Zamiast pieniędzy wyciągnąłem szmaragdy. Mógłbym mieć pamiątkę, po pokonaniu potwora, ale bardziej w tamtym momencie interesowało mnie dostanie się do środka. Wyciągnąłem dłoń z zielonymi kamykami w stronę strażnika.
- Tyle wystarczy? – zapytałem.
Strażnik wziął kryształy ode mnie i dokładnie się im przyjrzał. Zrobił szerokie oczy i zatrzasnął bramę. Już miałem zacząć się wydzierać, że jest złodziejem, ale usłyszałem dźwięk otwierającego się zamka od drzwi.
- Chodźcie, szybko – ponaglił nas.
Weszliśmy do środka, a strażnik, który okazał się zaledwie o kilka lat od na starszy, zatrzasną z hukiem bramę, służącą za główne wejście do muzeum. Niecierpliwie rozejrzał się wokół siebie, jakby zaraz miało mu wyskoczyć jakieś monstrum zza pleców. Przez chwile się nam przyglądał, ale potem zaraz przerwał niezręczną ciszę.
- Kim jesteście i skąd macie te kryształy? – zapytał zdenerwowany.
Oczy miał prawie równo czarne co włosy, które kontrastowały z jego mleczną cerą, a na nosie nosił duże kwadratowe okulary, przez co oczy wydawały się ogromne.
- Jestem Christopher, a to mój brat Liam, nie wiem, czy zdążyłeś zauważyć, ale chyba potrzebna mu pomoc lekarska – odezwał się mój brat.
- Masz rację, zaprowadzę was gdzieś, ale musicie mi obiecać, że nikomu nie zdradzicie, położenia tego miejsca, a nawet faktu, że takie istnieje.
Oboje kiwamy głowami na znak zgody.
Wsparty na ramionach brata i Rossa, bo okazało się, że tak nazywał się chłopak stojący na straży przy drzwiach muzeum, przechodziliśmy przez zewnętrzną cześć muzeum prowadzącą do zajazdu, gdzie mogli zatrzymywać się turyści.
Nie rozumiałem, dlaczego miałbym ukrywać to, że wiem gdzie znajduje się jeden z najpopularniejszych zajzdów w mieście, dopóki nie dostaliśmy się do środka tylnym wejściem. Zazwyczaj wchodząc do pomieszczenia, spodziewam się zobaczyć pokój czy inne części wnętrza, a przed twarzą miałem średniowieczną osadę.
Ross zostawił nas przy jabłoni i pobiegł do namiotu stojącego dwadzieścia metrów dalej.
- Dałbym radę tam dojść – odezwałem się.
- Mówisz tak, bo nie widzisz, jak wyglądasz.
- Mógłbym stracić nogę, a i tak wyglądałbym lepiej od ciebie – powiedziałam i starałem się wymusić uśmiech na twarzy.
Chris zmarszczył brwi, chyba nie za bardzo uwierzył w mój magiczny cud ozdrowienia i powroty dobrego samopoczucia na tyle, żeby żartować. Nienawidzę jak ktoś się o mnie martwi, ale nigdy nie byłem w stanie nabrać brata na to, co się ze mną dzieje naprawdę.
Miałem jeszcze coś powiedzieć, ale Ross wrócił, przyprowadzając ze sobą dwóch innych chłopaków i dziewczynę o brązowo-rudych włosach i twarzy całej w piegach.
Obrzuciła mnie takim spojrzenia, jakby oceniała czy opłaca się mnie jeszcze trzymać przy życiu, czy lepiej zabić.
- Jeszcze żyję – powiedziałem do niej.
Mam wrażenie, że to ją przez chwilę zbiło z tropu, ale zaraz potem się otrząsnęła.
- Zajmijcie się nim, a ty chodź ze mną – powiedziała do Chrisa.
Gdy tylko brat mnie puścił, straciłem przytomność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz