Gdy tylko otworzyłem oczy, zobaczyłem pochylającą się nade mną twarz. Przestraszyłem się i automatycznie się podniosłem, przez co zderzyliśmy się głowami. Przetarłem zaspane oczy i dostrzegłem szeroki uśmiech na twarzy brata. Mam nadzieję, że nabiłem mu siniaka.
- Chris, pogrzało cię?! – krzyknąłem.
- Tylko sprawdzałem, czy jeszcze oddychasz! – usprawiedliwił się.
-Ostatnią rzeczą, jaką chciałem zobaczyć po przebudzeniu, była twoja paszcza.
- Uwierz, że to nie najgorsza część ciała, jaką planowałem cię obudzić.
Wyobraziłem najgorszą rzecz, jaką Chris mógłby chcieć podstawić mi pod głowę i zachciało mi się wymiotować. Na widok mojej miny brat się roześmiał, a ja razem z nim.
- Ile spałem? – zapytałem z ciekawości.
- Cały dzień, ale mam wrażenie, że po tym, czego zaraz się dowiesz, padniesz po raz drugi.
Przyjrzałem się bratu, dawno nie był taki podekscytowany. Nie za bardzo wiedziałem, dlaczego coś go tak nabuzowało. Miał na sobie identyczną koszulkę jak Ross wczoraj, czerwony t-shirt z napisem „Zajazd Tuatha De Danann", a na nadgarstku bransoletkę ze srebrnym medalikiem w kształcie liścia.
- Pamiętasz może te mity z podstawówki o bogach zakochujących się w zwykłych śmiertelnikach?
- Tak... tylko mi nie mów, że bogowie greccy istnieją.
- Nie, no co ty? Pogrzało cię? Żadni greccy bogowie nie istnieją, za to celtyccy, to już inna sprawa – powiedział w taki sposób, jakby nie żartował, ale to przecież musiał być żart.
- Mało śmieszne, celtyccy to którzy?
-To nie żart!
- Nie jestem już tak naiwny, jak wtedy co dałem sobie wmówić, że karma dla kota smakuje jak kurczak.
- No co chcesz? To była karma o smaku kurczaka! Tym razem nie żartuję. -Powiedział to z tak poważną miną, że byłem w stanie mu uwierzyć. – Bogowie celtyccy, to ci za czasów króla Arthura. No wiesz, smoki, elfy.
- Z Hobbita zawsze wolałem krasnoludy.
Zaśmiał się, ale nie skomentował.
- Szykuj się, musimy porozmawiać z dyrektorem zajazdu – powiedział, zmieniając temat.
- Co? Czyli niby z kim?
Nie dostałem odpowiedzi
Zjadłem to, co brat przyniósł mi na tacy, był tak uprzejmy, że dostałem same owoce, a w ramach podziękowania rzuciłem mu kawałkiem arbuza w twarz. Śniadanie bez chleba albo chociaż płatków to nie śniadanie. Zdjąłem z siebie podarte spodnie i włożyłem przyszykowanie na innym łóżku krótkie spodenki, a do tego miałem koszulkę. Dla odmiany była czerwona z tym samym napisem co Chris.
Brat zaciągnął mnie do jednego z drewnianych szałasów.
Był on dość spory, brązowy i niepozorny, bo jego wnętrze było zupełnie inne niż można by się spodziewać po jego zewnętrznej stronie. Zamiast nijakich, drewnianych ścian domku, jakie powinny być, skoro są z zewnętrznej strony, były tam zwyczajne murowane ściany pokryte białą farbą. W środku pokoju stało biurko zarzucone książkami, a za nim siedział starszy pan w garniturze.
Przy ścianach stały regały z jeszcze większą ilością ksiąg, a w całym pomieszczeniu w różnych pojemnikach były najdziwniejsze rośliny. Przeszedłem obok wiszących na suficie słoików z oczami, nie mam pojęcia czy były ludzkie i nie wiem, czy to by było dobrze, czy źle.
Jedno z nich się poruszyło, a ja o mało nie dostałem zawału, ale na szczęście tylko krzyknąłem.
Na mój krzyk starszy pan podniósł głowę znad księgi, zrobił zniesmaczoną minę i wstał. Mężczyzna był dość chudy, miał równo przystrzyżoną białą brodę i równie białe włosy na głowie, gładko ulizanie i sięgające mu z uszy. Rzucił na nas ostre spojrzenie spod małych prostokątnych okularów.
- Witaj nazywam się Math Mathonwy i jestem właścicielem zajazdu Tuatha De Danann, skoro tu trafiłeś, to znaczy, że zapewne jesteś synem któregoś z bogów, w razie nagłej potrzeby skonsultuj się z dziećmi Morrigan, gdyż każdy miecz niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu – zarecytował mężczyzna na jednym wdechu.
Gdy skończył mówić nastała niezręczna cisza. Na jego twarzy poza zmarszczkami było widać znudzenie, zapewne mówił to już setny raz. Wyglądał na bardzo poważnego i swoim milczeniem dawał nam do zrozumienia, że chce byśmy wyszli.
- Panie Math, to właśnie jest Liam.
- Ach Liam, ten co zabił fuartha? Atakują nas tu takich dziesiątki, jak będziecie się jeszcze raz chcieli z nimi pobawić, to idźcie nad jezioro.
- Rozmowa z panem nie ma sensu – mruknąłem pod nosem.
- Zapewne dlatego, że nie chcę z wami rozmawiać, więc idźcie stąd.
Ołówek, który obracał między palcami, zmienił się w długi kij z zakrzywionym końcem. Miałem dość tej rozmowy tak samo, jak on więc nie zważając na Chrisa, zwyczajnie wyszedłem z namiotu. Z tym że, nie za bardzo wiedziałem gdzie iść w tym momencie. Christopher wyszedł zaraz po mnie.
- Co to za gość?! – krzyknąłem do niego, kierując się w stronę namiotu szpitalnego.
- Math Mathonwy, bóg czarodziei. Dość nieprzyjazny typek – odpowiedział mi brat.
- Ale... Jego kij, ale jak on...?
- Mówię przecież, czarodziej, czarodzieje robią magię – wytłumaczy mi jak dziecku.
- Magia nie istnieje... - może powiedziałbym coś więcej, ale przede mną zobaczyłem hobbistów w wersji 3D. – Co to... Kim oni są?
- To krasnoludki.
- Jak z królewny Śnieżki?
- Nie, bardziej jak z celtyckich mitów – odpowiedział, przewracając oczami. – Liam, to wszystko, co się tu dzieje, to prawda. Jesteśmy synami bogów celtyckich!
- A zapytał mnie ktoś o zdanie? Ja już mam rodziców!
- Bracie, wiem, że ciężko ci to zrozumieć, ale to ma sens. Zawsze czułem się, jakbym nie pasował do tamtego świata, a teraz? Bogowie, smoki, herosi, to wszystko jest jak sen.
- No właśnie, a jak wiemy z prawdziwego świata, sny nie są prawdziwe!
Zatrzymałem się i spojrzałem w jego stronę.
- Ściana by szybciej skojarzyła fakty niż ty – powiedział podirytowany.
Brat wydawał się już być tym wszystkim zmęczony, za to ja byłem niemal wściekły.
- W takim razie, idź z nią pogadaj.
Odwróciłem się i miałem zamiar iść dalej, ale przede mną przebiegło zwierze, a zaraz za nim piątka dzieciaków pomknęła w ślad za nim.
- Czy to był... - zaczynam.
- Smok – Chris skończył za mnie zdanie. – To jak? Już mi wierzysz?
Kiwnąłem głową, a szczęka mi opadła prawie do ziemi.
- Idziemy gonić smoka? – zapytał z szerokim uśmiechem.
- Idziemy gonić smoka! – krzyknąłem i ruszyłem w pogoń za brązowym gadem wielkości samochodu.
Pod dobrych piętnastu minutach biegania po całej osadzie udało nam się złapać smoka, dalej ciężko mi uwierzyć, że to wszystko jest prawdą, bogowie i tak dalej.
Okazuje się, że smoki jak gdyby nigdy nic żyją sobie tutaj jako ogromne zwierzaczki domowe, ten, którego złapaliśmy przed chwilą, jest jedynie dzieciaczkiem. Dorosłe smoki mogą osiągnąć jakieś dwadzieścia metrów, zionąć ogniem na czterdzieści i zdeptać nas w ciągu ułamka sekundy. Gdzie się człowiek nie ruszy i tak znajdzie jakąś matmę, ale i tak lepsze to od siedzenia w szkole.
Teraz idziemy na kolację, jaką drogą byśmy nie poszli, wystarczy się kierować do środka, by trafić do jadalni.
Mówiąc jadalnia, miałem na myśli ogromny okrągły stół, z krzesłami z zewnętrznej i wewnętrznej strony, by mogło siąść przy nim więcej osób. Czyli dokładniej rzecz biorąc, stół to nie koło, tylko okrąg.
Gdy już wszyscy byliśmy przy stole, jedzenie zjawiło się znikąd, a do wyboru było wszystko. Od najdziwniejszych rodzajów przystawek, typu ślimaki i przepiórki, po najzwyklejszą pizzę.
Siadłem obok Chrisa, a naprzeciwko nas pokazał się Ross, piegowata dziewczyna i dwójka dzieciaków, z którymi łapaliśmy smoka. Jednym z dzieciaków jest bląd-zielono włosa, mniej więcej czternastoletnia Eliza, córka Epony, a drugim dzieciakiem jest Alan, syn Belenosa.
Oczywiście co chwilę musiałem się dopytywać który bóg czego jest patronem. Gdybym trafił do takiej greckiej mitologii, to bym chociaż wiedział czego się spodziewać. W takich momentach człowiek zdaje sobie sprawę, że nie uczą nas w szkole niczego co może przydać nam się w przyszłości.
- Opona? To jakaś bogini samochodów? – zapytałem.
- Epona – powiedziała, głośno akcentując pierwszą literę, Liz. – To bogini urodzaju i obfitości, a także bogini koni.
To przynajmniej rozjaśniło mi trochę w głowie, dlatego zajmuje się smokiem. Tutaj młode smoki są wykorzystywane jako wierzchowce. Z tego, co się dowiedziałem, będę mieć lekcje latania na smokach. Beleanos okazuje się czymś w rodzaju boga uzdrawiającego ognia, w każdym razie tak zrozumiałem to, że: jest bogiem słońca, ale jest w stanie panować nad ogniem, a nawet nim uzdrawiać. Bogiem słońca jest również Lug.
Widać bogowie tutaj nie mają jednej wybranej funkcji, tylko biorą co chcą, na chybił trafił. Na przykład taki Dagda, jest najwyższym bogiem Panteonu Celtyckiego, a jego funkcje to, bycie doskonałym, gotowanie w magicznym kociołku nieskończoności i zabijanie i ożywianie magicznym kijem, do tego potrafi również walczyć lirą. W kilku grach grałem bardami, ale nie sądziłem, że w Realu to też się sprawdzi.
Nałożyłem sobie na talerz stos tostów z serem i wsłuchiwałem w konwersację pomiędzy Rossem, który okazał się synem Morrigan a Christopherem, do którego wczoraj przyznał się Diancecht.
Mój brat jest synem boga lekarzy, zawsze mówił o tym, że chce iść na medycynę, ale nie spodziewałem się, że będzie w tym miał aż takie ułatwienie. Zastanawiałem się, kto jest moim ojcem albo matką i kiedy postanowi przyznać się, do mnie. Mimo tego, że super byłoby mieć boga za jednego z rodziców, wciąż miałem nadzieję, że byłem synem osób, które mnie wychowały.
- Jakim cudem jesteście bliźniakami? – zapytał zdziwiony Ross, pochłaniając w międzyczasie jabłko.
- Urodziliśmy się jednego dnia, mamy tych samych rodziców, więc normalnie? – odpowiedział mój brat, na co ja nieomal nie wybuchnąłem śmiechem, ale udało mi się go ograniczyć do szerokiego uśmiechu.
- Przecież to nie jest możliwe, ty jesteś ciemnoskóry, a Liam nawet włosy ma białe.
- Bo jak byliśmy mali, ja zjadałem białą część Monte, a Chris tą czekoladową – odpowiedziałem i nie byłem już w stanie powstrzymywać śmiechu.
Zaraziłem nim Chrisa i on też mało nie spadł z ławki. Robimy ten żart wszystkim, ale za każdym razem śmieszy nas tak samo. Opowiedzieliśmy mu historię, jak to z nami jest dokładnie, trzeba tu zauważyć, że nigdy nie używamy słowa „bliźniak", wystarczy powiedzieć, że jesteśmy braćmi, a Christopher jest starszy ode mnie o dziesięć minut i to wystarczy, by każdy brał nas za nienormalnych bliźniaków.
Potem Ross opowiadał nam o Celtyckich bogach, dowiedziałem się, że jego matka jest boginią wojny, taki nieodłączny element pola bitwy. Diancecht w zazdrości o umiejętności swojego syna zabił go, by ten w przyszłości nie stał się lepszy od niego, a Oegnus poprosił tatę, by być panem na Tuatha De Dannan przez dzień i noc, ale nie sprecyzował liczby tych dni i nocy.
- Gdzie są nasze telefony? – zapytałem, kończąc jedzenie ostatniego tosta.
- Nie używamy telefonów, to zbyt niebezpieczne dla herosów – odpowiedziała mi dziewczyna.
- A ty jesteś? – skierowałem pytanie w stronę kasztanowo-włosej dziewczyny.
- Nazywam się Cameron, jestem córką Mananna – odpowiada.
- Boga morza – dopowiedział Ross.
Spojrzałem na jej nadgarstek, bransoletka, którą miała na sobie, przedstawiała rybę. Domyśliłem się, że znaki na bransoletkach to symbole oznaczające boga rodzica. Znakiem Mannana jest ryba. To trochę niesprawiedliwe, że Posejdon, który jest jego greckim odpowiednikiem, ma cały trójząb, a taki Mannan ma tylko rybę. Drżyjmy wszyscy przed wszechpotężnym dorszem!
- To Cam, jak z naszymi telefonami? – zapytał tym razem Chris.
- Nie dostaniecie ich, herosi są głównym celem polowań. Nie pozwolę na to, by jakiegoś kretyna zjadł fuath, bo namierzył jego GPS'a.
- Hej, już jednego pokonałem. Tobie pewnie też dałbym radę – powiedziałem, celowo rzucając wyzwanie, by sprawdzić, czy złapie haczyk.
Cameron wydawała się jedną z tych osób, które postarają się zrobić wszystko, by pokazać tylko to, że są w stanie. Jakbym jej powiedział, że jestem w stanie odciąć sobie nogę, a ona nie, to oboje już byśmy robili za piratów. Moim błędem jest to, że potrafię zrobić wszystko dla dobrego żartu.
- Nawet nie masz o czym marzyć.
- To zakład? Jak cię pokonam, dasz mi zadzwonić, a jak przegram, to...
- Przejmiesz moje obowiązki na miesiąc – odpowiedziała uśmiechnięta.
Nie mam pojęcia, o jakie obowiązki mogło jej chodzić, ale samo to słowo napawa mnie strachem. Zgodziłem się, wiem, jak bardzo musi zamartwiać się teraz mama. Jedyne czego mogła się dowiedzieć od nauczycieli to to, że schorowany Chris wybiegł z klasy a ja za nim, po czym zniknęliśmy na półtora dnia. Muszę do niej zadzwonić.
Cameron szepnęła do jakiegoś krasnoludka, by przynieśli jej dwa miecze. Sam się w to wpakowałem, ciekawe czy przeżyję. Niebieskie oczy dziewczyny patrzyły na mnie triumfalnie, jakby chciała nimi powiedzieć, że nie wytrzymam pięciu sekund walki z nią.
Po chwili zjawia się krasnoludek i podaje nam sprzęt. Miecz w mojej ręce był strasznie ciężki, trzymałem go, dotykając ostrzem ziemi, bo chyba nie byłbym w stanie za długo go utrzymać w górze. Cam, nie ma takiego problemu, uniosła srebrne ostrze nad głowę i machnięciem mało nie odcięła mi głowy, ale na całe szczęście zdążyłem się uchylić. Bardziej chodzi o to, że spadłem z krzesła, ale można to uznać za unik.
Zrobiłem przewrót w tył i stanąłem na równych nogach, tym razem ustawiłem się, tak by nie przewrócić się, gdy tylko nasze miecze się zderzą. Cameron przeskoczyła nad stołem, przewracając wazę z kompotem, trzymając miecza głową obiema rękami i w momencie, gdy była nade mną, uderzyła z całej siły. Ciężar ciosu sprawił, że moje kolana lekko się pode mną ugięły i mógłbym przysiąc, że zapadłem się dobre pięć centymetrów w trawę.
Cam, zdziwiona tym, że cios nie powalił mnie na ziemię, na chwilę straciła pewność siebie, co wykorzystałem, by tym razem jako pierwszy zadać cios, oczywiście nic tym nie zdziałałem, bo dziewczyna bez problemu odparła atak, ale przynajmniej nie czuję się takim cieniasem jak pięć sekund temu
Sunąc na pewności siebie, udało mi się natrzeć na nią jeszcze kilka razy, ale za każdym razem zdołała odeprzeć mój atak. Poczułem jak słońce ogrzewa mój bok, czemu ono zawsze grzeje z jednej strony? Z zamyślenie wyrywa mnie gwizd miecza tuż obok mojej twarzy. „Skup się" rozkazałem sobie w myślach i nieświadomie zamknąłem oczy. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale gdy nic nie widziałem, walczyłem prawdopodobnie lepiej niż z otwartymi.
Spokojnie zdążyliśmy z Cameron ze dwa razy okrążyć stół i zwrócić na siebie uwagę wszystkich herosów i stworzeń w zajeździe. Udało mi się odsunąć od niej na tyle, by swobodnie wskoczyć z powrotem na stół.
Opłacało mi się chodzić w dzieciństwie na gimnastykę i narażać na śmiech rówieśników, przynajmniej teraz bez problemu udało mi się wskoczyć na ławkę, robiąc salto w tył i kopnąć koleżankę w dłoń, tak, że o mało nie wypuściła miecza z niej miecza. Trochę ją to rozwścieczyło, ale było już po niej widać zmęczenia.
Ja natomiast miałem wrażenie, że jestem bardziej nabuzowany niż przed walką. Dałem jej chwilę czasu by i ona wskoczyła na stół, co zrobiła niemal błyskawicznie. Przez cały czas graliśmy według jej zasad, teraz była kolej na moje.
Za każdy jej jeden, teraz już słaby, zadany cios, oddawałem trzy silniejsze. W końcu jej ręce nie dawały sobie rady z utrzymaniem miecza. Czułem jak robiło mi się gorąco i mam wrażenie, że moja skóra zaczyna jaśnieć, jak wczoraj dłonie. Szybko odwróciłem miecz, chwyciłem go za ostrze, modląc się, by nie przeciął mi dłoni na pół. Trzonem z całej siły uderzyłem w dłonie Cam i wybiłem jej miecz z dłoni, który poleciał na dobre trzy metry.
Czułem się silny i wiedziałem, że spokojnie mógłbym walczyć dalej, ale lepiej będzie, jak to skończę. Podrzuciłem ostrze w ręce, tak by ponownie złapać za rękojeść i skierowałem klingę w jej stronę.
Nie widziałem w jej oczach złości, tylko zdziwienie, ale chyba zrozumiałem czemu. Ja... Świeciłem. Złota poświata emanowała z mojej skóry jak promienie ze słońca, ale chwilę potem zaczęła znowu gasnąć, a ja poczułem zmęczenie.
Rozejrzałem się wokół i zauważyłem, że wszyscy się na mnie gapią.
Obok mnie pojawiła się bransoletka wykonana ze skóry, dokładnie taka sama, jaką mają Ross, Chris i Cam. Na mojej był znak czterech nałożonych na siebie diamencików, w taki sposób by każdy z rogów nie stykał się z drugim. Założyłem skórzaną bransoletę na nadgarstek.
- Brawo synu Luga – powiedziała do mnie Cameron. – Chodź promyczku to ci dam ten twój głupi telefon.
Uśmiechnąłem się szeroko. Lug, bóg słońca, przyznał się do mnie!
Cameron szła tak szybko, że ciężko mi było za nią nadążyć. Co jakiś czas musiałem podbiegać, by nie stracić jej z oczu. Szła z dumnie wypiętą klatą, mimo tego, że przed chwilą przegrała z kimś, kto pierwszy raz trzymał w ręku broń.
- Hej, obraziłaś się na mnie? – zapytałem, może to było średnio inteligentne zagranie, ale nie miałem nic do stracenia.
- Gdybym wiedziała, że jesteś synem boga szczęściarzy, to bym... orghhh.
- Czyli Lug, to nie tylko płomyczek?
- Nie, to nie tylko „płomyczek" – powiedziała, papugując mój ton i robiąc przy tym głupią minę. –Lug jest też bogiem podróżników, artystów i jak już mówiłam słońca, szczęścia i co najgorsze... chaosu. Czyli, że twoja wygrana ze mną, to jedynie szczęśliwy przypadek.
Wiedziałem, że to nie jest prawdą, ale nie miałem ochoty się z nią kłócić.
- A jego znakiem jest... błysk?
- Ośmioramienna gwiazda.
Nie ważne jak bardzo się starałem, nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu.
- Nie ciesz się tak – powiedziała – twoje błogosławieństwo szczęścia nie będzie trwać wiecznie, a ja będę czekać na rewanż.
- Przynajmniej wiem, że muszę zapamiętać, żeby nigdy już z tobą nie walczyć – odpowiedziałem. Najwidoczniej przegrana dość mocno ją dotknęła.
Zniknęła w jakimś namiocie, wielkości szałasu osiołka z Kubusia Puchatka i po krótkiej chwili z wróciła moim telefonem. Miałem ochotę jak najszybciej wstukać w nim numer do rodziców, ale Cameron stała i mi się przyglądała.
- Em, możesz iść? Chciałabym zadzwonić.
- Muszę mieć pewność, że nie zdradzisz nikomu położenia zajazdu.
- Dzwonię do dziewczyny, więc jeżeli naprawdę ci się chce wsłuchiwać w naszą... - kłamstwo podziałało, Cameron odeszła nie dając mi skończyć.
W sumie to nie było do końca kłamstwo, moja mama przecież dziewczyną.
- Synku, to ty? – słyszę w słuchawce roztrzęsiony głos.
- Mamo, nie martw się o nas...
- Gdzie zniknęliście? Ty Chris, tak... bez słowa... wzywaliśmy z ojcem policję - powiedziała smutnym głosem, miałem wrażenie, że płacze.
- Z ojcem Lugiem, tak? – zapytałem, na co mama wydała z siebie smutne „och".
- Jesteście w zajeździe? Mówił, że to będzie dla was bezpieczniejsze.
- Dlaczego nigdy nic mi nie powiedziałaś? Wiedziałaś, że Chris też... - nie za bardzo wiedziałem czym uzupełnić lukę, albo zwyczajnie to wszystko dalej było dla mnie zbyt dziwne – jest herosem? – wykrztusiłem z siebie, przełykając ślinę.
- Tak.
Mocno zacisnąłem powieki i zakryłem dłonią twarz. Wiedziała i nic nie mówiła, przez szesnaście lat ukrywała przede mną prawdę o tożsamości mojego ojca.
- Dlaczego... – przerwałem, bo miałem wrażenie, że zaraz się rozpłaczę. Wziąłem głęboki oddech i mówiłem dalej – dlaczego, to przed nami ukrywałaś?
- Nie chciałam, by coś wam się stało. Nie wiedząc byliście bezpieczniejsi. Proszę, uważajcie tam na siebie, dobrze? – powiedziała tak smutnym i błagalnym tonem, że nie miałem ochoty ani siły się już na nią gniewać.
Chciałem tylko rzucić się na łóżko i krzyczeć w poduszkę.
- Obiecuję – zmieniłem obietnicę w pożegnanie i rozłączyłem się.
Usiadłem na ziemi i położyłem ręce za głową, opierając łokcie na kolanach.
Moim ojcem nie jest Arthur Davies, ale celtycki bóg, który istniał za czasów Arthura, który wyciągnął miecz ze skały i stał się królem Anglii. Moim ojcem jest bóg słońca, tej dziwnej jaśniejącej na niebie złotym światełkiem kuli.
Nie wiem ile tam siedziałem, z opuszczoną między kolanami głową, ale skubiąc trawę, czas płynie szybciej. Już dawno zrobiło się ciemno.
- Zerwaliście? – zapytała, widząc moją minę Cameron.
- Jak miałem zerwać z mamą?
- Mówiłeś, że dzwonisz do dziewczyny.
- To ona nie jest dziewczyną? – zapytałem, podnosząc głowę.
- Jest. Nie ważne. Musisz iść do namiotu, cisza nocna zaraz się zacznie. No i oddaj mi telefon – powiedziała, wyciągając rękę w moją stronę, żebym mógł jej oddać urządzenie. Zrobiłem to automatycznie, nie patrząc w jej stronę.
Poszliśmy w stronę kilkunastu stojących obok siebie namiotów. Wszedłem do biało-żółtego namiotu, który wskazała mi Cam. Nie były one z byt duże, no z zewnątrz, bo w środku każdy z nich miał pokój mierzący jakieś piętnaście na piętnaście metrów i kolejkę piętrowych łóżek.
Namiot dzieliły dzieci Luga i Beleanosa, ponieważ obaj bogowie są utożsamiani z greckim bogiem Apollem. Czułem się trochę dziwnie otoczony moimi braćmi, było nimi czterech chłopców i trzy dziewczyny, wszyscy dość podobnych do mnie, a mój jedyny brat, z którym się wychowałem pierwszy, raz nie dzieli ze mną pokoju. W sumie to nawet dobrze, bo miałem wrażenie, że już nigdy się od niego nie uwolnię. Dzieci Beleanosa była kolejna jedenastka.
Na następny dzień mamy zaplanowane śniadanie przy naszym okrągłym stole, następnie ćwiczenia z łucznictwa, bo jak się okazało, mój tata był świetnym strzelcem, obiad, potem wygrzewanie się przez jakiś czas na słońcu, bo mam kilka godzin przerwy, kolacja i na szczęśliwy koniec dnia okazało się, że dziś dzieciaki z mojego kochanego żółtego namiotu walczą z błękitno zielonym, czyli z dziećmi, których rodzice mają jakikolwiek związek z wodą.
W tym z dziećmi Mananna, a na moje nieszczęście Cameron jest dzisiaj bardzo wesoła i chyba obmyśliła już plan jak skutecznie mnie upokorzyć. Na całe szczęście miałem czas do wieczora, więc mogło istnieć spore prawdopodobieństwo, że w międzyczasie coś, lub ktoś mnie zabije.
Wstałem trochę za późno i gdybym specjalnie przejął się swoim wyglądem, to zapewne spóźniłbym się na śniadanie, dlatego rozczochranymi włosami poszedłem na śniadanie.
- Bracie, nie stać cię na grzebień? – zapytał mnie Chris.
- To w tej norze są sklepy? – odpowiedziałem.
Trochę dziwne, że mówi mi to akurat on. Jego afro ma chyba z pół metra wysokości i może w nim skutecznie ukrywać ściągi na sprawdziany, a nawet mógłbym go podejrzewać o ukrywanie w nim krasnoluda.
Podeszliśmy razem do stołu i zaczęliśmy śniadanie, nałożyłem sobie kilka naleśników, ale po wczorajszej kolacji nie byłem w stanie zbyt dużo w siebie wcisnąć. W przeciwieństwie do Chrisa jemu udało się tosty, jajecznicę, płatki i zagryźć najróżniejszymi owocami.
Christopher ma inny plan zajęć niż ja, po śniadaniu idzie zbierać zioła i grzyby, które rosną tylko do którejś tam godziny, następnie będzie się uczyć, w jaki sposób wykorzystać to, co zebrał, mamy wspólny obiad, mam nadzielę, że będzie na tyle miły, by nie dorzucić mi do niego jakiegoś dziwnego liścia, po którym Zamienię się w złotą żabę. Po obiedzie ma jakieś podstawowe zasady magicznego RKO i na szczęśliwy koniec dnia, po kolacji, będzie jednym z ratowników w naszym turnieju.
Zjadłem i powlokłem swoje cztery litery na stanowisko łucznicze. Po jednej stronie na drewnianych uchwytach wisiały łuki, a po drugiej, oddalonej od nas o jakieś trzydzieści metrów były tarcze. Najzwyklejsze, poskładane ze stosów siana kółeczka, z których największe było brzegiem tarczy, a najmniejsze z jeszcze mniejszą kropką w środku, były celem, w którym miałem trafić.
Chwyciłem drewniany łuk i leżący przy nim kołczan wraz ze strzałami. Stanąłem przed jednym z celów ustawionych w rządku, po mojej prawej stronie ustawiła się Luna, moja siostra od strony tatusia. Miała jakieś dwanaście lat, złote włosy zaplecione w warkoczyk, który oplatał jej głowę, a pojedyncze pasemka spływały jej po twarzy. Przednie zęby miała tak duże, że gdyby doczepić jej uszy zająca, to spokojnie mogłaby go udawać.
Poszedł do nas Marco, pokazał mi, jak prawidłowo powinienem chwycić łuk, następnie sam wziął swój sprzęt i stanął na stanowisku po mojej lewej stronie. Ustawił dokładnie w tej samej pozycji, co pokazywał mi przed chwilą, uniósł łuk, równocześnie naciągając cięciwę. W skupieniu wycelował w tarczę i zwolnił cięciwę.
Strzała poszybowała w stronę celu, trafiając minimetry obok środka. Mark uśmiechnął się do mnie, ukazując białe zęby i machnął ręką, by dać mi znak, że teraz moja kolej. Starałem się krok po kroku powtórzyć wszystko, co mi pokazał. Stanąłem przy wyznaczonej linii, uniosłem łuk i strzeliłem.
Strzała powędrowała na dobre dwadzieścia metrów... za cel. Luna, patrząc na moje wyczyny, parsknęła śmiechem, odwróciła ode mnie wzrok i strzeliła z łuku, trafiając idealnie w sam środek celu.
- Masz mnie tego nauczyć – powiedziałem z szeroko otwartymi oczami ze zdziwienia.
Dziewczynka miała całkiem poważną minę, ale zdradzały ją roześmiane zielone oczy.
- Nie możesz się tak spinać, strzał z łuku misi być dla ciebie czymś naturalnym – zaczęła mi tłumaczyć. – Podnosząc łuk, naciągasz cięciwę i bierzesz głęboki wdech. Cały czas musisz patrzeć w cel, wiedzieć, w co chcesz trafić, wypuszczając powietrze, wypuszczasz strzałę.
Luna zwalnia cięciwę i jej strzała trafia dokładnie w to samo miejsce co poprzednia, czyli w środek tarczy. Potrzebowałem trzech prób, zanim udało mi się trafić w środek, ale gdy tylko mi się to udało, każda ze strzał trafiała idealnie, nieważne jak daleko od celu kazali mi stać.
Po obiedzie chwyciłem za notatnik, który udało mi się wyciągnąć od Rossa, zrozumiałem też, że chłopak pełni tu wiele funkcji. Jak dla mnie może mieć co najwyżej dwadzieścia trzy lata, ale podobno ma więcej. Jest prawą ręką nic nierobiącego i wiecznie marudnego Matha. A Cam też ma tu całkiem sporo do powiedzenia.
Nie specjalnie zmęczyło mnie dzisiejsze stanie w miejscu i strzelanie, było nawet fajnie, szczególnie jak się trafia, ale teraz nie mam co robić. Chwyciłem za notatnik i poszedłem nad morze. Jest całkiem spore i otacza zajazd z trzech stron.
Będąc tam, trafiłem na dzieciaki bóstw wody, kilkoro z nich uczyło się pływać, siedzieli sobie pod wodą, a inni zwyczajnie się chlapali. Co w moim słowniku zaczęło oznaczać zwyczajnie, bo w praktyce lekko unosząc ręce, potrafili zrobić falę, która przykrywała trzy następne osoby.
Odnalazłem wzrokiem Cameron, która razem z braćmi ścigała się do ustalonej mety. Odwróciłem się i powędrowałem wzdłuż brzegu, zostawiając na piasku ślady stóp. Straciłem z oczu część zajazdu i postanowiłem skręcić w stronę małego lasku, w którym ma się dzisiaj odbyć bitwa.
Patrzenie się pod nogi, gdy przechodzi się obok drzewa, to bardzo zły pomysł, chyba jedynie mój tata sprawił, że nie uderzyłem w nie głową i zatrzymałem centymetry przed korą. Zrobiłem kilka kroków w tył, żeby móc lepiej się przyjrzeć.
Drzewo było tak wielkie, że zdawało się nie mieć końca, a jego korona wyrastała z nieba. Cofałem się długo, bo chciałem zobaczyć jego szczyt, ale jeżeli nie wlecę nad drzewo helikopterem, to raczej nie ma na to szans. Zdążyłem wrócić nad jezioro, to drzewo jest widoczne stąd, a ja i tak o mało co się w nie nie uderzyłem.
Usiadłem na piasku i zacząłem szkicować. Ogromny dąb między innymi, cieniutkimi w porównaniu do niego drzewami, korzenie, które wybiły się z ziemi, wielką koronę, która sięga za ramy mojej kartki i ten dziwny znak, który widać z daleka. Triskelion, znak przypominający trzy połączone ze sobą spirale. Staram się dokładnie odwzorować każdy szczegół, dokładny kąt padania światła i kolory. Podchodzę bliżej, bo miałem dziwne wrażenie, że to drzewo coś ukrywa, ale nie potrafiłem stwierdzić co.
Gdy skończyłem rysunek, spojrzałem w stronę morza. Słońce zbliżało się ku horyzontowi. Mógłbym się teraz rozczulać nad niesamowitą, niezliczoną gamą barw, jaką przybiera niebo w czasie zachodu słońca, ale spóźniłbym się na kolację. Dzisiaj jest przesunięta dla obu naszych grup, żebyśmy zdążyli się jeszcze ogarnąć, zanim będzie ciemno.
niedziela, 19 czerwca 2016
sobota, 18 czerwca 2016
Rozdział 1
Pewnie już gdzieś to słyszeliście; był sobie bóg, była sobie piękna kobieta, zakochali się w sobie, a owocem ich miłości było dziecko. Jedynym szczegółem odróżniającym ich dzieci jest to, że są herosami, a żaden potwór nie lubi herosów. A my ich, nie lubimy też szkoły, ale to też jest jeden z problemów współczesnych półbogów.
Dawno dawno temu, w odległej -serio odległej - galaktyce, dokładniej na pewnej lekcji matematyki był sobie pewien młody, przystojny chłopak, o słodkim i najlepszym imieniu, jakie można było wymyślić, a brzmiało ono Liam Davies.
Tak, to ja.
Mam szesnaście lat, przeważnie się uczę, gram w gry komputerowe i oglądam jakieś głupie filmy, które nie wnoszą nic do mojego życia. Prawdę mówiąc, to żadna z wyżej wymienionych czynności nie wniosła nic do mojego życia. To by wyjaśniało, dlaczego zasnąłem na lekcji.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to była naprawdę nudna lekcja. Tego nie powinno się robić młodzieży, kazać nam siedzieć w ławce i wsłuchiwać się w najbardziej monotonny głos na świecie, należący do jednych z najbardziej okrutnych istot świata, w porównaniu, do których najgorsze potwory, z jakimi walczyłem to małe szczeniaczki, a nazywają się nauczyciele.
Dobrze wiem, że to ma na celu nas sprawdzić, każde słowo wypowiedziane przez profesorów usypia naszą czujność! Przetrwają tylko wytrwali, a inni, ci słabi, tak słabi, jak ja, w oczekiwaniu na dzwonek, padną na polu bitwy.
Ze snu, niczym morderczy wystrzał, wybrudził mnie głos nauczycielki. Wzdrygnąłem się, jakby ktoś dotknął mnie kostką lodu, a przy okazji zrzuciłem podręcznik na ziemię. Z szeroko otwartymi oczami i śladem ławki na policzku spojrzałem pani Smith w dwie świdrujące, czarne dziury zastępujące jej oczy, które właśnie starały się przejrzeć moje sumienie na wylot.
- Panie Davies, czy pan spał? – zapytała mnie nauczycielka, takim tonem jakby chciała mi przekazać, że ma cztery metry wzrostu i zaraz zdepcze mnie swoją ogromną stopą.
- Ależ skąd pani profesor, nie śmiałbym – odpowiedziałem, skoro zna prawdę to po co pyta? Nienawidzę tego u nauczycieli, zawsze starają się pokazać nam, że nad nami górują.
- A mogę wiedzieć, dlaczego leżałeś na ławce?
- Tak bardzo załamałem się nad tym zadaniem.
- Przecież był pan na olimpiadzie matematycznej, a to zadanie jest zaledwie z zakresu podstawowego – powiedziała, uderzając wskaźnikiem o powierzchnie swojej dłoni.
- Właśnie to, jak łatwe jest to zadanie, mnie załamało – pani profesor spojrzała na mnie morderczym wzrokiem, a jej blond natapirowane włosy zdawały się jeszcze bardziej unosić ku niebu, tak jakby nawet one chciały od niej uciec.
Po tym, jak pani Smith rzuciła mi spojrzenie spode łba, wróciła do tłumaczenia czegoś tam o funkcji kwadratowej. Podniosłem podręcznik z ziemi i położyłem go z powrotem na ławce, potem jak zwykle otworzyłem zeszyt na ostatniej stronie i kończyłem rysować.
W zeszycie od matematyki mam chyba całą konstelację gwiazd, a w zeszycie od polskiego dokładnie odwzorowany portret „Davida" Michała Anioła. Matematykę jeszcze jestem w stanie znieść, jest trudna i trzeba myśleć, ale przynajmniej nie trzeba się jej uczyć, jak przedmiotów humanistycznych.
Kończyłem właśnie rysować wąs pani Smith, gdy usłyszałem za plecami kaszel. To pewnie Chris chciał, żebym się odwrócił, bo nie może wytrzymać piętnastu minut do przerwy, by ponabijać się z całej tej sytuacji. Zaraz potem poczułem uderzenie w plecy, co go tak bardzo ciśnie do żartów? Z ciekawości się odwróciłem i zobaczyłem załzawioną twarz brata.
Chris wybiegł z klasy, charcząc, jakby jego krtań próbowała wydostać się na zewnątrz. Brat zostawił za sobą uchylone drzwi, przez chwilę się im przyglądałem, ale gdy tylko się ocknąłem, podniosłem rękę, by zapytać panią, czy mogę wyjść za Chrisem.
- Idź – powiedziała na widok moich dwóch palców skierowanych ku górze.
Szybko spakowałem siebie i brata, ale bez zapinania plecaków, by nie marnować czasu i wybiegłem na korytarz, w stronę gabinetu pielęgniarki. W połowie zahaczyłem o coś stopą i upadłem na ziemię, wysypując zawartość obu toreb.
Jeden z zeszytów prześlizgnął się przez kilka metrów po drewnianej podłodze, a wokół mnie powstała aureola rozsypanych kredek. Usiadłem i spojrzałem w miejsce, o które zahaczyłem. Była tam stopa, ale nie moja.
- Chris, ty kretynie! – wydarłem się na niego.
- Nie drzyj się, bo ktoś nas przyłapie – uciszył mnie brat, krzywiąc usta w uśmiechu.
- Tak, bo to moje krzyki, a nie upadek narobiły hałasu – powiedziałam już spokojnie, ale nadal miałem ochotę go zabić.
Nie dość, że mnie nastraszył tym kaszlem, to jeszcze przez niego zdarłem sobie łokieć.
Christopher podał mi rękę i pomógł się podnieść, wstając, chwyciłem najbliżej leżący mnie zeszyt i gdy tylko stanąłem na równych nogach, uderzyłem go nim w ramię. Po czym zacząłem wkładać rzeczy do plecaka.
Zaśmiał się i przykucnął, by pomóc mi chować rzeczy.
- Dlaczego wybiegłeś z Sali? – zapytałem po chwili.
- Nie wytrzymałbym więcej z Białą Śmiercią.
Takie (nie)śmieszne przezwisko nadał pani Smith, ale używał go tylko w moim towarzystwie, ale nawet ja nie uważam, że było to jakoś szczególnie zabawne. Nie było też bezpodstawne.
Nawiązywało do jej wyglądu. Pani Smith była bardzo chudą i kwadratowo-szczęką kobietą, jej ciemne oczy były ogromne i gdy ktoś w nie spojrzał, miał wrażenie, że wypadną jej z czaszki. „Biała" dlatego, że miała bardzo jasną karnację i jasne blond włosy przeplatane siwymi kosmykami, a by jeszcze bardziej pokazać, jak bardzo jest biała, nosiła długie, sięgające do kostek białe sukienki, albo okropne falowane spódnice.
- To rasistowsko brzmi – mruknąłem pod nosem.
- Człowieku, jestem czarny – odpowiedział, powstrzymując śmiech.
- Właśnie dlatego to rasistowskie. Ej, a tak w ogóle, to może wrócimy?
- Żartujesz? Dzisiaj jest ostatni dzień sprawdzania frekwencji, pani Smith zwolni nas z drugiej matmy, a to nasza ostatnia lekcja, więc... WAKACJE! – krzyknął, zakłócając tym lekcje, w prawdopodobnie trzech następnych salach.
Obiema rękami rzuciłem się, by zakryć mu usta. Gdy jedne z drzwi zaczęły się uchylać, oboje popędziliśmy w stronę wyjścia ze szkoły, jakby biegło za nami stado psów. Oczywiście najgorsze są drzwi wejściowe, niby automatyczne, ale żeby je uruchomić, trzeba wyjąć specjalną kartę i przyłożyć do czytnika, co odejmuje nam od czasu ucieczki przed woźnym dobre trzydzieści sekund.
W końcu udaje nam się uciec ze szkoły, a za cel naszej podróży uznaliśmy pobliskie oczko wodne ukryte w byłym parku nadmorskim, teraz tak to wszystko zarosło, że spokojnie można to zaliczyć jako las, ale nazwa została. Gdy tylko dobiegliśmy na miejsce, runęliśmy na ziemię ze zmęczenia, ale siły mieliśmy jeszcze na tyle dużo by wybuchnąć śmiechem.
- Czujesz to? – zapytał Chris z przerwą, by wziąć oddech.
- Nie, niby co miałbym czuć? – odpowiedziałem zdyszany.
- Smród naszych rozkładających się ciał. Mam zamiar spędzić tu całe wakacje, gnijąc na słońcu, nasz smród powinno dać się czuć już w przeszłości.
- Obrzydlistwo.
Uśmiechnąłem się do niego szeroko, wstałem z ziemi, strzepując z siebie trawę i podszedłem do oczka wodnego. Chris natomiast miał inny plan, ściągnął z siebie przepoconą koszulkę, odkrywając jeszcze bardziej przepocony bezrękawnik, narzucił ją sobie na głowę i poszedł spać otoczony smrodem własnego potu.
Ja raczej nie byłem zbytnio zmęczony, może to mieć związek z tym, że przespałem dobre pół godziny matematyki. Wziąłem do ręki płaski kamyk i rzuciłem nim o taflę jeziorka, zakłócając jego spokój.
Christopher jest naprawdę specyficzną osobą, uczy się świetnie, ale zawsze przez niego mam jakieś kłopoty. Nie jesteśmy biologicznymi braćmi. To by było dziwne, skoro ja jestem niebieskookim blondynem, a on ciemnoskórym brunetem o oczach w kolorze gorzkiej czekolady.
A mimo tego oczywistego faktu do piątego roku życia sądziłem, że jesteśmy w stu procentach ze sobą spokrewnieni. Żebyście nie myśleli, że moja mama zdradziła tatę czy ewentualnie na odwrót. Moja mama była na porodówce w ten sam dzień co mama Christophera, ale po urodzeniu zostawiła go i zniknęła, mojej mamie zrobiło się żal porzuconego noworodka i postanowiła, że przyłączy go do naszej rodziny.
Chris jest starszy ode mnie dokładnie o dziesięć minut i oczywiście nigdy nie daje mi o tym zapomnieć. Zawsze zachowywaliśmy się jak bliźniaki, nic nie było w stanie nas rozłączyć.
- Zostaw to jezioro w spokoju, bo się na ciebie wkurzy.
- Woda ma mnie zaatakować? – pytam, puszczając kolejną kaczkę i oglądam, jak pokonuje kolejne metry. – Tak osiem odbić, przebijesz to? Nie, bo twoim rekordem są dwa! I ponownie mistrz Liam wraca do gry!
Zniesmaczona mina Chrisa dziwnie się wykrzywiła.
- Stary ducha zobaczyłeś? – zapytałem go.
- Padnij! – krzyknął i nie podnosząc się z ziemi, już drugi raz mnie dzisiaj podciął. I wtedy to zobaczyłem, jakby chmara dymu kształtem przypominająca tygrysa unosiła się znad jeziora, a na środku jego paszczy były szmaragdowe oczy, dziwnie jaśniejące, tak jakby ktoś od środka oświetlał je latarką.
- Co to jest! – wrzasnąłem przerażony.
- Stary, nie zastanawiaj się, tylko spadamy!
Brat zdążył w tym czasie wstać i pociągnął mnie za ramię, pobiegliśmy przed siebie.
Ucieczka przez las, przed czymś, co przenika przez drzewa, nie jest najmądrzejszym pomysłem. Nasz slalom pomiędzy gałęziami wydawał się spacerkiem w porównaniu do prędkości biegu potwora. Któremu zajęło krótką chwilę, żeby nas dogonić.
Trzeci raz w ciągu pół godziny uderzyłem o ziemię, poczułem, jak zęby potwora wbiły się w moją łydkę. Jeżeli kopnął was ktoś kiedyś w piszczel albo sami się w nią uderzyliście, to wiecie, jak bardzo to boli, a teraz wyobraźcie sobie, że to uderzenie jest długotrwałe i tysiąc razy bardziej nie do wytrzymania.
Krzyk przeszedł mi przez gardło, przez co Chris odwrócił się i zauważył jak zwierze, o ile mogę tak to nazwać, ciągnęło mnie w głąb lasu. Brat zamiast biec przed siebie, jak najdalej od demona, wrócił się po mnie.
- Co ty robisz? – krzyknąłem do niego, mało co nie zużywając wszystkich sił. – Uciekaj!
- Nie idę bez ciebie.
Rzucił się na ziemię i chwycił moją rękę, zwierzę ciągnęło teraz nas oboje.
Miałem wrażenie, że coraz bardziej tracę kontakt z rzeczywistością, moje ręce powoli zaczynały świecić. Nie wiem czy to przez utratę krwi widzę światło, ale miałem wrażenie, że one naprawdę robiły się coraz jaśniejsze.
- Auć – syknął Chris i puścił moją dłoń, ale chwilę potem zorientował się co zrobił i ponownie zaczął biec w moją stronę.
Nie miałem siły, ale postanowiłem odwrócić się w stronę potwora, i chociaż spróbować uwolnić nogę. Nachyliłem się na tyle na ile było to możliwe i mocno chwyciłem potwora za pysk. Moje jaśniejące ręce w kontakcie z paszczą potwora mocno rozbłysły i dym, z którego zwierzak był stworzony, wybuchł, odrzucając mnie jakieś pięć metrów do tyłu.
Zahamowałem, uderzając w drzewo, ale na szczęście uderzyłem na tyle nisko, że upadek był jedną z najmniej bolesnych rzeczy dzisiejszego dnia. Otworzyłem dłoń, która przed chwilą przestała być fluorescencyjna i teraz znowu jest normalna. Są w niej dwa szmaragdy wielkości śliwek, jeżeli do jutra nie znikną, to będę miał pewność, że to, co się stało, nie było koszmarem.
Po chwili pojawił się Christopher.
- To... on ciebie... i ty... a ja... co z twoją nogą?! – powiedział na jednym wydechu, chwycił się za głowę i długo wydychał powietrze.
- Jakoś nieszczególnie chce mi się ją oglądać. – Ani nawet podnieść.
Chris do mnie podszedł i urywał materiał spodni na tyle, by mieć dostęp do piszczeli.
- Będzie dobrze bracie, będzie dobrze – powiedział tak, jakby sam w to nie wierzył.
Dotknął mojej nogi, a ból nagle się zmniejszył, rozluźniłem się, ale zanim tego zrobiłem, nie miałem pojęcia, jak spięty byłem.
- Krew jakoś, no... nie leci. Idziemy stąd, coś w tym lesie jest nie tak.
Czyjaś głowa wyjrzała zza drzewa, należała do kobiety. Miała długie, sięgające jej do kostek, nierealnie białe włosy, twarz dziwnie smutną, jakby nigdy w życiu nie spotkało ją nic szczęśliwego. Z podartych szat widać było kawałki ciała, kobieta była tak chuda, że można by było prowadzić na niej lekcje anatomii. Przyglądała nam się niebieskimi, napuchłymi od łez oczami.
- Kto to? – zapytałem Chrisa, mimo że wiedziałem, że nie zna odpowiedzi.
- Co? Gdzie? – brat rozglądał się wokół siebie, ale nie był w stanie nikogo dostrzec.
Spojrzał na mnie zmartwionym wzrokiem, jakby miał właśnie postawić diagnozę, że od uderzenia w głowę zwariowałem. Z drugiej strony, co dziwnego jest w kobiecie? Przed chwilą ganiał za mną tygrys z dymu.
Mogłem mieć przywidzenia, ale biorąc pod uwagę, to co się dzisiaj stało, to raczej większe prawdopodobieństwo jest takie, że ta kobieta też jest dziwnym stworem, ale jakby była zła, to już dawno wykończyłaby dwóch poharatanych chłopców, gdzie jeden z nich nawet nie może się podnieść.
Poprosiłem Christophera, by pomógł mi wstać. Nieco niechętnie, ale brat spełnił moją prośbę. Podeszliśmy do dziwnej kobiety, znaczy, bardziej dokuśtykałem się do niej wsparty ramieniem brata.
- Kim jesteś – zapytałem ją.
Trochę dziwnie się czułem wiedząc, że Dian jej nie widział i prawdopodobnie uważał, że oszalałem i gadałem do siebie.
Kobieta mi nie odpowiedziała, odwróciła się i powoli zaczęła lecieć w stronę miejsca, gdzie las się kończył i znajdowała się droga do centrum miasta.
- Idziemy – poinstruowałem brata.
Przebyliśmy całą drogę powrotną dobre dziesięć razy wolniej, niż gdy przybiegliśmy do jeziorka, ale na wyjściu z lasu się nie skończyło. Zjawa prowadziła nas dalej, w stronę opuszczonego muzeum, gdzie dwa razy w tygodniu odbywały się rekonstrukcje historyczne, takich wydarzeń jak rozmowy Arthura z rycerzami okrągłego stołu, walki rycerzy i inne nudne rzeczy, typu szycie szat i wykuwanie zbroi łańcuszek po łańcuszku.
Mnie takie rzeczy nigdy nie ciekawiły, ale do dziesiątego roku życia Chris był ich fanatykiem. W końcu i jemu się znudziło. Zapukałem do ogromnych drzwi, a mężczyzna w czerwonej koszulce, używając starożytnego wizjera, który tak naprawdę był przesuwaną klapką, ocenił nas wzrokiem.
- Czego tu chcecie? – zapytał niskim, dudniącym głosem. – Wstęp dla odwiedzających dopiero w następny wtorek.
- Ja... - nie za bardzo wiedziałem co odpowiedzieć.
Przecież nie mogłem powiedzieć „Słuchaj pan, właśnie gonił mnie tygrys, zrobiony z jakiejś mgły, a do muzeum zaprowadziła mnie wychudzona kobieta, która do bólu przypominała śmierć przedstawianą na średniowiecznych obrazkach i chciałabym wiedzieć, na co to wszystko!".
- Wpuści nas pan? My naprawdę musimy wejść – odezwał się mój brat.
- A zapłata? – zapytał strażnik.
Z tego wszystkiego zapomnieliśmy zabrać plecaków, w którym zostały książki, pieniądze, dokumenty... Włożyłem ręce do kieszeni, może zostały mi w niej jakieś drobniaki. Zamiast pieniędzy wyciągnąłem szmaragdy. Mógłbym mieć pamiątkę, po pokonaniu potwora, ale bardziej w tamtym momencie interesowało mnie dostanie się do środka. Wyciągnąłem dłoń z zielonymi kamykami w stronę strażnika.
- Tyle wystarczy? – zapytałem.
Strażnik wziął kryształy ode mnie i dokładnie się im przyjrzał. Zrobił szerokie oczy i zatrzasnął bramę. Już miałem zacząć się wydzierać, że jest złodziejem, ale usłyszałem dźwięk otwierającego się zamka od drzwi.
- Chodźcie, szybko – ponaglił nas.
Weszliśmy do środka, a strażnik, który okazał się zaledwie o kilka lat od na starszy, zatrzasną z hukiem bramę, służącą za główne wejście do muzeum. Niecierpliwie rozejrzał się wokół siebie, jakby zaraz miało mu wyskoczyć jakieś monstrum zza pleców. Przez chwile się nam przyglądał, ale potem zaraz przerwał niezręczną ciszę.
- Kim jesteście i skąd macie te kryształy? – zapytał zdenerwowany.
Oczy miał prawie równo czarne co włosy, które kontrastowały z jego mleczną cerą, a na nosie nosił duże kwadratowe okulary, przez co oczy wydawały się ogromne.
- Jestem Christopher, a to mój brat Liam, nie wiem, czy zdążyłeś zauważyć, ale chyba potrzebna mu pomoc lekarska – odezwał się mój brat.
- Masz rację, zaprowadzę was gdzieś, ale musicie mi obiecać, że nikomu nie zdradzicie, położenia tego miejsca, a nawet faktu, że takie istnieje.
Oboje kiwamy głowami na znak zgody.
Wsparty na ramionach brata i Rossa, bo okazało się, że tak nazywał się chłopak stojący na straży przy drzwiach muzeum, przechodziliśmy przez zewnętrzną cześć muzeum prowadzącą do zajazdu, gdzie mogli zatrzymywać się turyści.
Nie rozumiałem, dlaczego miałbym ukrywać to, że wiem gdzie znajduje się jeden z najpopularniejszych zajzdów w mieście, dopóki nie dostaliśmy się do środka tylnym wejściem. Zazwyczaj wchodząc do pomieszczenia, spodziewam się zobaczyć pokój czy inne części wnętrza, a przed twarzą miałem średniowieczną osadę.
Ross zostawił nas przy jabłoni i pobiegł do namiotu stojącego dwadzieścia metrów dalej.
- Dałbym radę tam dojść – odezwałem się.
- Mówisz tak, bo nie widzisz, jak wyglądasz.
- Mógłbym stracić nogę, a i tak wyglądałbym lepiej od ciebie – powiedziałam i starałem się wymusić uśmiech na twarzy.
Chris zmarszczył brwi, chyba nie za bardzo uwierzył w mój magiczny cud ozdrowienia i powroty dobrego samopoczucia na tyle, żeby żartować. Nienawidzę jak ktoś się o mnie martwi, ale nigdy nie byłem w stanie nabrać brata na to, co się ze mną dzieje naprawdę.
Miałem jeszcze coś powiedzieć, ale Ross wrócił, przyprowadzając ze sobą dwóch innych chłopaków i dziewczynę o brązowo-rudych włosach i twarzy całej w piegach.
Obrzuciła mnie takim spojrzenia, jakby oceniała czy opłaca się mnie jeszcze trzymać przy życiu, czy lepiej zabić.
- Jeszcze żyję – powiedziałem do niej.
Mam wrażenie, że to ją przez chwilę zbiło z tropu, ale zaraz potem się otrząsnęła.
- Zajmijcie się nim, a ty chodź ze mną – powiedziała do Chrisa.
Gdy tylko brat mnie puścił, straciłem przytomność.
Dawno dawno temu, w odległej -serio odległej - galaktyce, dokładniej na pewnej lekcji matematyki był sobie pewien młody, przystojny chłopak, o słodkim i najlepszym imieniu, jakie można było wymyślić, a brzmiało ono Liam Davies.
Tak, to ja.
Mam szesnaście lat, przeważnie się uczę, gram w gry komputerowe i oglądam jakieś głupie filmy, które nie wnoszą nic do mojego życia. Prawdę mówiąc, to żadna z wyżej wymienionych czynności nie wniosła nic do mojego życia. To by wyjaśniało, dlaczego zasnąłem na lekcji.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to była naprawdę nudna lekcja. Tego nie powinno się robić młodzieży, kazać nam siedzieć w ławce i wsłuchiwać się w najbardziej monotonny głos na świecie, należący do jednych z najbardziej okrutnych istot świata, w porównaniu, do których najgorsze potwory, z jakimi walczyłem to małe szczeniaczki, a nazywają się nauczyciele.
Dobrze wiem, że to ma na celu nas sprawdzić, każde słowo wypowiedziane przez profesorów usypia naszą czujność! Przetrwają tylko wytrwali, a inni, ci słabi, tak słabi, jak ja, w oczekiwaniu na dzwonek, padną na polu bitwy.
Ze snu, niczym morderczy wystrzał, wybrudził mnie głos nauczycielki. Wzdrygnąłem się, jakby ktoś dotknął mnie kostką lodu, a przy okazji zrzuciłem podręcznik na ziemię. Z szeroko otwartymi oczami i śladem ławki na policzku spojrzałem pani Smith w dwie świdrujące, czarne dziury zastępujące jej oczy, które właśnie starały się przejrzeć moje sumienie na wylot.
- Panie Davies, czy pan spał? – zapytała mnie nauczycielka, takim tonem jakby chciała mi przekazać, że ma cztery metry wzrostu i zaraz zdepcze mnie swoją ogromną stopą.
- Ależ skąd pani profesor, nie śmiałbym – odpowiedziałem, skoro zna prawdę to po co pyta? Nienawidzę tego u nauczycieli, zawsze starają się pokazać nam, że nad nami górują.
- A mogę wiedzieć, dlaczego leżałeś na ławce?
- Tak bardzo załamałem się nad tym zadaniem.
- Przecież był pan na olimpiadzie matematycznej, a to zadanie jest zaledwie z zakresu podstawowego – powiedziała, uderzając wskaźnikiem o powierzchnie swojej dłoni.
- Właśnie to, jak łatwe jest to zadanie, mnie załamało – pani profesor spojrzała na mnie morderczym wzrokiem, a jej blond natapirowane włosy zdawały się jeszcze bardziej unosić ku niebu, tak jakby nawet one chciały od niej uciec.
Po tym, jak pani Smith rzuciła mi spojrzenie spode łba, wróciła do tłumaczenia czegoś tam o funkcji kwadratowej. Podniosłem podręcznik z ziemi i położyłem go z powrotem na ławce, potem jak zwykle otworzyłem zeszyt na ostatniej stronie i kończyłem rysować.
W zeszycie od matematyki mam chyba całą konstelację gwiazd, a w zeszycie od polskiego dokładnie odwzorowany portret „Davida" Michała Anioła. Matematykę jeszcze jestem w stanie znieść, jest trudna i trzeba myśleć, ale przynajmniej nie trzeba się jej uczyć, jak przedmiotów humanistycznych.
Kończyłem właśnie rysować wąs pani Smith, gdy usłyszałem za plecami kaszel. To pewnie Chris chciał, żebym się odwrócił, bo nie może wytrzymać piętnastu minut do przerwy, by ponabijać się z całej tej sytuacji. Zaraz potem poczułem uderzenie w plecy, co go tak bardzo ciśnie do żartów? Z ciekawości się odwróciłem i zobaczyłem załzawioną twarz brata.
Chris wybiegł z klasy, charcząc, jakby jego krtań próbowała wydostać się na zewnątrz. Brat zostawił za sobą uchylone drzwi, przez chwilę się im przyglądałem, ale gdy tylko się ocknąłem, podniosłem rękę, by zapytać panią, czy mogę wyjść za Chrisem.
- Idź – powiedziała na widok moich dwóch palców skierowanych ku górze.
Szybko spakowałem siebie i brata, ale bez zapinania plecaków, by nie marnować czasu i wybiegłem na korytarz, w stronę gabinetu pielęgniarki. W połowie zahaczyłem o coś stopą i upadłem na ziemię, wysypując zawartość obu toreb.
Jeden z zeszytów prześlizgnął się przez kilka metrów po drewnianej podłodze, a wokół mnie powstała aureola rozsypanych kredek. Usiadłem i spojrzałem w miejsce, o które zahaczyłem. Była tam stopa, ale nie moja.
- Chris, ty kretynie! – wydarłem się na niego.
- Nie drzyj się, bo ktoś nas przyłapie – uciszył mnie brat, krzywiąc usta w uśmiechu.
- Tak, bo to moje krzyki, a nie upadek narobiły hałasu – powiedziałam już spokojnie, ale nadal miałem ochotę go zabić.
Nie dość, że mnie nastraszył tym kaszlem, to jeszcze przez niego zdarłem sobie łokieć.
Christopher podał mi rękę i pomógł się podnieść, wstając, chwyciłem najbliżej leżący mnie zeszyt i gdy tylko stanąłem na równych nogach, uderzyłem go nim w ramię. Po czym zacząłem wkładać rzeczy do plecaka.
Zaśmiał się i przykucnął, by pomóc mi chować rzeczy.
- Dlaczego wybiegłeś z Sali? – zapytałem po chwili.
- Nie wytrzymałbym więcej z Białą Śmiercią.
Takie (nie)śmieszne przezwisko nadał pani Smith, ale używał go tylko w moim towarzystwie, ale nawet ja nie uważam, że było to jakoś szczególnie zabawne. Nie było też bezpodstawne.
Nawiązywało do jej wyglądu. Pani Smith była bardzo chudą i kwadratowo-szczęką kobietą, jej ciemne oczy były ogromne i gdy ktoś w nie spojrzał, miał wrażenie, że wypadną jej z czaszki. „Biała" dlatego, że miała bardzo jasną karnację i jasne blond włosy przeplatane siwymi kosmykami, a by jeszcze bardziej pokazać, jak bardzo jest biała, nosiła długie, sięgające do kostek białe sukienki, albo okropne falowane spódnice.
- To rasistowsko brzmi – mruknąłem pod nosem.
- Człowieku, jestem czarny – odpowiedział, powstrzymując śmiech.
- Właśnie dlatego to rasistowskie. Ej, a tak w ogóle, to może wrócimy?
- Żartujesz? Dzisiaj jest ostatni dzień sprawdzania frekwencji, pani Smith zwolni nas z drugiej matmy, a to nasza ostatnia lekcja, więc... WAKACJE! – krzyknął, zakłócając tym lekcje, w prawdopodobnie trzech następnych salach.
Obiema rękami rzuciłem się, by zakryć mu usta. Gdy jedne z drzwi zaczęły się uchylać, oboje popędziliśmy w stronę wyjścia ze szkoły, jakby biegło za nami stado psów. Oczywiście najgorsze są drzwi wejściowe, niby automatyczne, ale żeby je uruchomić, trzeba wyjąć specjalną kartę i przyłożyć do czytnika, co odejmuje nam od czasu ucieczki przed woźnym dobre trzydzieści sekund.
W końcu udaje nam się uciec ze szkoły, a za cel naszej podróży uznaliśmy pobliskie oczko wodne ukryte w byłym parku nadmorskim, teraz tak to wszystko zarosło, że spokojnie można to zaliczyć jako las, ale nazwa została. Gdy tylko dobiegliśmy na miejsce, runęliśmy na ziemię ze zmęczenia, ale siły mieliśmy jeszcze na tyle dużo by wybuchnąć śmiechem.
- Czujesz to? – zapytał Chris z przerwą, by wziąć oddech.
- Nie, niby co miałbym czuć? – odpowiedziałem zdyszany.
- Smród naszych rozkładających się ciał. Mam zamiar spędzić tu całe wakacje, gnijąc na słońcu, nasz smród powinno dać się czuć już w przeszłości.
- Obrzydlistwo.
Uśmiechnąłem się do niego szeroko, wstałem z ziemi, strzepując z siebie trawę i podszedłem do oczka wodnego. Chris natomiast miał inny plan, ściągnął z siebie przepoconą koszulkę, odkrywając jeszcze bardziej przepocony bezrękawnik, narzucił ją sobie na głowę i poszedł spać otoczony smrodem własnego potu.
Ja raczej nie byłem zbytnio zmęczony, może to mieć związek z tym, że przespałem dobre pół godziny matematyki. Wziąłem do ręki płaski kamyk i rzuciłem nim o taflę jeziorka, zakłócając jego spokój.
Christopher jest naprawdę specyficzną osobą, uczy się świetnie, ale zawsze przez niego mam jakieś kłopoty. Nie jesteśmy biologicznymi braćmi. To by było dziwne, skoro ja jestem niebieskookim blondynem, a on ciemnoskórym brunetem o oczach w kolorze gorzkiej czekolady.
A mimo tego oczywistego faktu do piątego roku życia sądziłem, że jesteśmy w stu procentach ze sobą spokrewnieni. Żebyście nie myśleli, że moja mama zdradziła tatę czy ewentualnie na odwrót. Moja mama była na porodówce w ten sam dzień co mama Christophera, ale po urodzeniu zostawiła go i zniknęła, mojej mamie zrobiło się żal porzuconego noworodka i postanowiła, że przyłączy go do naszej rodziny.
Chris jest starszy ode mnie dokładnie o dziesięć minut i oczywiście nigdy nie daje mi o tym zapomnieć. Zawsze zachowywaliśmy się jak bliźniaki, nic nie było w stanie nas rozłączyć.
- Zostaw to jezioro w spokoju, bo się na ciebie wkurzy.
- Woda ma mnie zaatakować? – pytam, puszczając kolejną kaczkę i oglądam, jak pokonuje kolejne metry. – Tak osiem odbić, przebijesz to? Nie, bo twoim rekordem są dwa! I ponownie mistrz Liam wraca do gry!
Zniesmaczona mina Chrisa dziwnie się wykrzywiła.
- Stary ducha zobaczyłeś? – zapytałem go.
- Padnij! – krzyknął i nie podnosząc się z ziemi, już drugi raz mnie dzisiaj podciął. I wtedy to zobaczyłem, jakby chmara dymu kształtem przypominająca tygrysa unosiła się znad jeziora, a na środku jego paszczy były szmaragdowe oczy, dziwnie jaśniejące, tak jakby ktoś od środka oświetlał je latarką.
- Co to jest! – wrzasnąłem przerażony.
- Stary, nie zastanawiaj się, tylko spadamy!
Brat zdążył w tym czasie wstać i pociągnął mnie za ramię, pobiegliśmy przed siebie.
Ucieczka przez las, przed czymś, co przenika przez drzewa, nie jest najmądrzejszym pomysłem. Nasz slalom pomiędzy gałęziami wydawał się spacerkiem w porównaniu do prędkości biegu potwora. Któremu zajęło krótką chwilę, żeby nas dogonić.
Trzeci raz w ciągu pół godziny uderzyłem o ziemię, poczułem, jak zęby potwora wbiły się w moją łydkę. Jeżeli kopnął was ktoś kiedyś w piszczel albo sami się w nią uderzyliście, to wiecie, jak bardzo to boli, a teraz wyobraźcie sobie, że to uderzenie jest długotrwałe i tysiąc razy bardziej nie do wytrzymania.
Krzyk przeszedł mi przez gardło, przez co Chris odwrócił się i zauważył jak zwierze, o ile mogę tak to nazwać, ciągnęło mnie w głąb lasu. Brat zamiast biec przed siebie, jak najdalej od demona, wrócił się po mnie.
- Co ty robisz? – krzyknąłem do niego, mało co nie zużywając wszystkich sił. – Uciekaj!
- Nie idę bez ciebie.
Rzucił się na ziemię i chwycił moją rękę, zwierzę ciągnęło teraz nas oboje.
Miałem wrażenie, że coraz bardziej tracę kontakt z rzeczywistością, moje ręce powoli zaczynały świecić. Nie wiem czy to przez utratę krwi widzę światło, ale miałem wrażenie, że one naprawdę robiły się coraz jaśniejsze.
- Auć – syknął Chris i puścił moją dłoń, ale chwilę potem zorientował się co zrobił i ponownie zaczął biec w moją stronę.
Nie miałem siły, ale postanowiłem odwrócić się w stronę potwora, i chociaż spróbować uwolnić nogę. Nachyliłem się na tyle na ile było to możliwe i mocno chwyciłem potwora za pysk. Moje jaśniejące ręce w kontakcie z paszczą potwora mocno rozbłysły i dym, z którego zwierzak był stworzony, wybuchł, odrzucając mnie jakieś pięć metrów do tyłu.
Zahamowałem, uderzając w drzewo, ale na szczęście uderzyłem na tyle nisko, że upadek był jedną z najmniej bolesnych rzeczy dzisiejszego dnia. Otworzyłem dłoń, która przed chwilą przestała być fluorescencyjna i teraz znowu jest normalna. Są w niej dwa szmaragdy wielkości śliwek, jeżeli do jutra nie znikną, to będę miał pewność, że to, co się stało, nie było koszmarem.
Po chwili pojawił się Christopher.
- To... on ciebie... i ty... a ja... co z twoją nogą?! – powiedział na jednym wydechu, chwycił się za głowę i długo wydychał powietrze.
- Jakoś nieszczególnie chce mi się ją oglądać. – Ani nawet podnieść.
Chris do mnie podszedł i urywał materiał spodni na tyle, by mieć dostęp do piszczeli.
- Będzie dobrze bracie, będzie dobrze – powiedział tak, jakby sam w to nie wierzył.
Dotknął mojej nogi, a ból nagle się zmniejszył, rozluźniłem się, ale zanim tego zrobiłem, nie miałem pojęcia, jak spięty byłem.
- Krew jakoś, no... nie leci. Idziemy stąd, coś w tym lesie jest nie tak.
Czyjaś głowa wyjrzała zza drzewa, należała do kobiety. Miała długie, sięgające jej do kostek, nierealnie białe włosy, twarz dziwnie smutną, jakby nigdy w życiu nie spotkało ją nic szczęśliwego. Z podartych szat widać było kawałki ciała, kobieta była tak chuda, że można by było prowadzić na niej lekcje anatomii. Przyglądała nam się niebieskimi, napuchłymi od łez oczami.
- Kto to? – zapytałem Chrisa, mimo że wiedziałem, że nie zna odpowiedzi.
- Co? Gdzie? – brat rozglądał się wokół siebie, ale nie był w stanie nikogo dostrzec.
Spojrzał na mnie zmartwionym wzrokiem, jakby miał właśnie postawić diagnozę, że od uderzenia w głowę zwariowałem. Z drugiej strony, co dziwnego jest w kobiecie? Przed chwilą ganiał za mną tygrys z dymu.
Mogłem mieć przywidzenia, ale biorąc pod uwagę, to co się dzisiaj stało, to raczej większe prawdopodobieństwo jest takie, że ta kobieta też jest dziwnym stworem, ale jakby była zła, to już dawno wykończyłaby dwóch poharatanych chłopców, gdzie jeden z nich nawet nie może się podnieść.
Poprosiłem Christophera, by pomógł mi wstać. Nieco niechętnie, ale brat spełnił moją prośbę. Podeszliśmy do dziwnej kobiety, znaczy, bardziej dokuśtykałem się do niej wsparty ramieniem brata.
- Kim jesteś – zapytałem ją.
Trochę dziwnie się czułem wiedząc, że Dian jej nie widział i prawdopodobnie uważał, że oszalałem i gadałem do siebie.
Kobieta mi nie odpowiedziała, odwróciła się i powoli zaczęła lecieć w stronę miejsca, gdzie las się kończył i znajdowała się droga do centrum miasta.
- Idziemy – poinstruowałem brata.
Przebyliśmy całą drogę powrotną dobre dziesięć razy wolniej, niż gdy przybiegliśmy do jeziorka, ale na wyjściu z lasu się nie skończyło. Zjawa prowadziła nas dalej, w stronę opuszczonego muzeum, gdzie dwa razy w tygodniu odbywały się rekonstrukcje historyczne, takich wydarzeń jak rozmowy Arthura z rycerzami okrągłego stołu, walki rycerzy i inne nudne rzeczy, typu szycie szat i wykuwanie zbroi łańcuszek po łańcuszku.
Mnie takie rzeczy nigdy nie ciekawiły, ale do dziesiątego roku życia Chris był ich fanatykiem. W końcu i jemu się znudziło. Zapukałem do ogromnych drzwi, a mężczyzna w czerwonej koszulce, używając starożytnego wizjera, który tak naprawdę był przesuwaną klapką, ocenił nas wzrokiem.
- Czego tu chcecie? – zapytał niskim, dudniącym głosem. – Wstęp dla odwiedzających dopiero w następny wtorek.
- Ja... - nie za bardzo wiedziałem co odpowiedzieć.
Przecież nie mogłem powiedzieć „Słuchaj pan, właśnie gonił mnie tygrys, zrobiony z jakiejś mgły, a do muzeum zaprowadziła mnie wychudzona kobieta, która do bólu przypominała śmierć przedstawianą na średniowiecznych obrazkach i chciałabym wiedzieć, na co to wszystko!".
- Wpuści nas pan? My naprawdę musimy wejść – odezwał się mój brat.
- A zapłata? – zapytał strażnik.
Z tego wszystkiego zapomnieliśmy zabrać plecaków, w którym zostały książki, pieniądze, dokumenty... Włożyłem ręce do kieszeni, może zostały mi w niej jakieś drobniaki. Zamiast pieniędzy wyciągnąłem szmaragdy. Mógłbym mieć pamiątkę, po pokonaniu potwora, ale bardziej w tamtym momencie interesowało mnie dostanie się do środka. Wyciągnąłem dłoń z zielonymi kamykami w stronę strażnika.
- Tyle wystarczy? – zapytałem.
Strażnik wziął kryształy ode mnie i dokładnie się im przyjrzał. Zrobił szerokie oczy i zatrzasnął bramę. Już miałem zacząć się wydzierać, że jest złodziejem, ale usłyszałem dźwięk otwierającego się zamka od drzwi.
- Chodźcie, szybko – ponaglił nas.
Weszliśmy do środka, a strażnik, który okazał się zaledwie o kilka lat od na starszy, zatrzasną z hukiem bramę, służącą za główne wejście do muzeum. Niecierpliwie rozejrzał się wokół siebie, jakby zaraz miało mu wyskoczyć jakieś monstrum zza pleców. Przez chwile się nam przyglądał, ale potem zaraz przerwał niezręczną ciszę.
- Kim jesteście i skąd macie te kryształy? – zapytał zdenerwowany.
Oczy miał prawie równo czarne co włosy, które kontrastowały z jego mleczną cerą, a na nosie nosił duże kwadratowe okulary, przez co oczy wydawały się ogromne.
- Jestem Christopher, a to mój brat Liam, nie wiem, czy zdążyłeś zauważyć, ale chyba potrzebna mu pomoc lekarska – odezwał się mój brat.
- Masz rację, zaprowadzę was gdzieś, ale musicie mi obiecać, że nikomu nie zdradzicie, położenia tego miejsca, a nawet faktu, że takie istnieje.
Oboje kiwamy głowami na znak zgody.
Wsparty na ramionach brata i Rossa, bo okazało się, że tak nazywał się chłopak stojący na straży przy drzwiach muzeum, przechodziliśmy przez zewnętrzną cześć muzeum prowadzącą do zajazdu, gdzie mogli zatrzymywać się turyści.
Nie rozumiałem, dlaczego miałbym ukrywać to, że wiem gdzie znajduje się jeden z najpopularniejszych zajzdów w mieście, dopóki nie dostaliśmy się do środka tylnym wejściem. Zazwyczaj wchodząc do pomieszczenia, spodziewam się zobaczyć pokój czy inne części wnętrza, a przed twarzą miałem średniowieczną osadę.
Ross zostawił nas przy jabłoni i pobiegł do namiotu stojącego dwadzieścia metrów dalej.
- Dałbym radę tam dojść – odezwałem się.
- Mówisz tak, bo nie widzisz, jak wyglądasz.
- Mógłbym stracić nogę, a i tak wyglądałbym lepiej od ciebie – powiedziałam i starałem się wymusić uśmiech na twarzy.
Chris zmarszczył brwi, chyba nie za bardzo uwierzył w mój magiczny cud ozdrowienia i powroty dobrego samopoczucia na tyle, żeby żartować. Nienawidzę jak ktoś się o mnie martwi, ale nigdy nie byłem w stanie nabrać brata na to, co się ze mną dzieje naprawdę.
Miałem jeszcze coś powiedzieć, ale Ross wrócił, przyprowadzając ze sobą dwóch innych chłopaków i dziewczynę o brązowo-rudych włosach i twarzy całej w piegach.
Obrzuciła mnie takim spojrzenia, jakby oceniała czy opłaca się mnie jeszcze trzymać przy życiu, czy lepiej zabić.
- Jeszcze żyję – powiedziałem do niej.
Mam wrażenie, że to ją przez chwilę zbiło z tropu, ale zaraz potem się otrząsnęła.
- Zajmijcie się nim, a ty chodź ze mną – powiedziała do Chrisa.
Gdy tylko brat mnie puścił, straciłem przytomność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)